El Dorado – Kto pierwszy się wzbogaci?

Sama do końca nie wiem, czy to Wyścig (z niemieckiej wiersji – Wettlauf), czy to Wyprawa (z angielskiej wersji – Quest) do El Dorado. Tematycznie pasuje Wyścig, chociaż tłumaczenia widziałam obydwa. Tak po prawdzie, to to tak po trochu i to, i to.

El Dorado, jak już wiemy, będzie niedługo dostępne w Polsce od wydawnictwa Nasza Księgarnia. Jest to tytuł prosty i przystępny, dlatego podchodzi pod kategorię gier rodzinnych. El Dorado to deckbuilder z minimalną negatywnej interakcji, w którym ścigamy się, by być pierwszym odkrywcą Złotego Miasta.

Podczas rozgrywki wcielamy się w poszukiwacza El Dorado, który za wszelką cenę chce znaleźć je pierwszy. Przedzieramy się przez gąszcz dżungli, piaski pustyni i głębiny jezior, wykorzystujemy wszystko, co mamy pod ręką. Wynajmujemy łodzie, samoloty i innych ludzi do pomocy. W ruch idą wiosła, maczety i złote monety. A jeśli nie mamy monet? Sprzedaj sprzęt za pół dolara, czyli dwie maczety/wiosła = jedna moneta.

Podczas naszej pierwszej tury mammy osiem kart startowych, dobieramy cztery i zagrywamy ile chcemy. Kart możemy użyć na trzy sposoby. Albo jako potrzebny nam sprzęt, jako pieniądze albo jako pomoc na przyszłość. Czasem wybór jest prosty, czasem trzeba się zastanowić, czy lepiej przesunąć się o jedno pole teraz, czy o 6 później jeśli wynajmiemy samolot. Samolot starczy nam na jeden lot ale zaniesie nas daleko, ale jeśli przesunę się teraz, to zablokuję prostą ścieżkę przeciwnikom. Dylemat.

El Dorado jest świetnym wprowadzeniem w deckbuilding. Minimum tekstu na kartach i jasna ikonografia sprawiają, że jest to zdecydowanie idealna gra rodzinna. Cel jest jeden – znaleźć El Dorado.  Sposób jest jeden – przesuwasz się po planszy. Nie ma ukrytych ruchów, specjalnych mocy, czy teleporterów. Gra zrozumiała dla każdego, chociaż zalecany wiek to 10+, moim zdaniem to bardziej 8+.

Czy WARTO?

Wykonanie i estetyka – nie wiem jak będzie w przypadku polskiej wersji, ale wykonanie niemieckie, z którym miałam przyjemność się zetknąć było całkiem ok. – trzeba pamiętać, że jest to Ravensburger, zatem plansze są jakości puzzlowej. Ikony są łatwe do zrozumienia, grafiki są proste, ale cieszą oko. Łatwo rozróżnić klasy kart, na nich również widnieją proste, ale ładne grafiki.

Atmosfera i tematyka – temat ciekawy, tak i jak i podejście do niego. Jedyne, czego brakuje w grze o takim klimacie, to różnorakie bestie przeszkadzające nam w podróży (ale od czego jest Robinson Crusoe).

Regrywalność i skalowanie – tutaj mam problem. Za każdym razem, kiedy skończymy grę, chcę zagrać ponownie ALE wiem, że będzie to taka sama rozgrywka. Nie ma w tej grze aż tak wielu kart, różnorodność zatem jest dość kiepska. Wiadomo, jest losowość, bo nie wiemy jakie karty będziemy mieć w ręce, zatem będziemy obierać inne ścieżki za każdym razem. Skalowanie natomiast działa bez zarzutu, ponieważ przy dwóch graczach, do El Dorado muszą dotrzeć dwa pionki, a nie jeden jak to jest w przypadku rozgrywki na 3 lub 4 osoby.

Trudność i czas rozgrywki – jak wspomniałam, gra jest bardzo łatwa do opanowania, i dość szybka (rozgrywka powinna zamknąć się w godzinie). Czasem będzie decyzja czy dwie do podjęcia, ale to tylko dodaje smaku.

Ocena ogólna – dla mnie to jest solidne 7.5 w kategorii Rodzinnych Deckbuilderów.

 

Western Legends

Dobry, zły czy brzydki?

Na wstępie zaznaczam, że nie jest to recenzja. To tylko pierwsze wrażenia po pierwszej rozgrywce. Czy będą następne?

Western Legends wpisałam na moją listę prezentów świątecznych z kilku powodów. Spodobała mi się tematyka – do tej pory Dziki Zachód to był Bang!, którego nie znoszę, Colt Express, który jest jednak zbyt „imprezowy” i Saloon Tycoon, który zupełnie do mnie nie przemówił. Great Western Trail powiadasz? Tam atmosfery w ogóle nie ma, gra mogłaby być o dostarczaniu pączków. Jeszcze jest Dice Saloon i Carson City, pierwsze jest ok., drugiego jeszcze nie próbowałam, a wiem że opinie są dość dobre. No ale na to wszystko pojawiło się Western Legends, trochę znikąd. Pojawiały się recenzje, filmiki, zdjęcia, generalny hype. Ale jak zwykle – try before you buy – nie kupuj w ciemno.

The Ludoquist, nasza lokalna knajpa z grami, miała Western Legends na półce, i zauważyłam to od razu po przekroczeniu progu, mimo że gra była na drugim końcu pomieszczenia – oto jak bardzo chciałam w nią zagrać. Wyłożyliśmy ją na stół. Spora ilość elementów, dość ładna prezentacja, minis. Zostały nam wyjaśnione zasady i rozpoczęliśmy rozgrywkę. Mój plan był taki, żeby najpierw wybrać ścieżkę prawioną, wykopać kilka grudek złota, zamienić je na pieniądze, kupić konia, dostarczyć krowę czy dwie, a potem się stoczyć, rabować ludzi i mieszać stada. W końcu to sandbox, więc czemu nie? Mój plan jednak spalił na panewce, kiedy do wyboru dostałam dwie postaci – obydwie złe.

No dobra, zatem pójdziemy ścieżką zła, w końcu wtedy punkty zdobywa się w każdej kolejce. Zaczęłam mieszać stada, to znaczy nie ja, a Billy The Kid. Jakoś szło, wygrywałam. No ale wiadomo, w tego typu grach jeśli jesteś poszukiwany, to w końcu Cię dopadną – trzeba było najpierw kupić konia, a nie krowy na piechotę szmuglować. Chris, któremu nie podobało się, że miałam więcej punktów, przesunął Szeryfa na moje pole, próbował mnie aresztować i się nie udało. Postanowił zmarnować swoją drugą akcję, i tym razem mu się powiodło. To był moment, w którym gdybym grała w domu, plansza wyleciałaby przez okno. Zdobywałam 1 punkt na rundę, miałam 50 dolców, trochę złota i krowę prowadzoną na sprzedaż. Nagle zabrano mi krowę, całe złoto, połowę pieniędzy, zresetowano moje punkty bandyty i wrzucono do więzienia.

Dobry gracz w tym czasie błąkał się po mapie na swoim Mustangu (błąkał się to złe słowo, zapierdzielał aż się kurzyło) i brukował sobie ścieżkę do zwycięstwa. Sprzedawał złoto, chodził do kabaretu żeby zamienić pieniądze na punkty, grał w pokera o więcej pieniędzy i tak w kółko.

 

Trzy rundy później gra się zakończyła (graliśmy do 15 punktów), w której to ten dobry wygrał z ogromną przewagą, bo nie dało się mu przeszkodzić. Bo po co rabować Dobrego, kiedy można aresztować Złego?

WRAŻENIA

Matt – Jest atmosfera, jest jej nawet sporo, jednak mechanicznie gra jest niedopracowana i dość słaba. Zniechęciłem się.

Chris – Trochę jak Fallout, z interakcją między graczami, bardzo niezbalansowana. Nie zagram po raz kolejny.

Nick– To, czego się spodziewałem, a nie oczekiwałem zbyt wiele. Gra do piwa, kiedy w tle lecą Płonące Siodła. A może to raczej gra jest tłem.

Ala – Niedopracowanie wylewa się zewsząd, zero balansu między ścieżkami, które obieramy, niby masz wybór, a tak naprawdę go nie masz. Dużo szczęścia, kości, karty, poker. Nie dla mnie, a szkoda. Zawiodłam się.

Czy WARTO?

Wykonanie – Tu jest mix uczuć,  bo karty dobrej jakości, zasoby, znaczniki ok. ale kości brzydkie i miniaturki ciut powyginane. Plansza i 3D sklep ok. Pomoc gracza na papierze toaletowym, gnie się przy wyciąganiu z pudełka.

Atmosfera i tematyka – Atmosfera wylewa się oknami, dorzućcie soundtrack z jakiegoś westernu, przebierzcie się i macie imprezę tematyczną. Duży plus.

Regrywalność i skalowanie – Tu jest problem, bo Bandyta zawsze będzie poszukiwany  przez Szeryfa, a Dobry kowboj się przeciśnie bocznymi alejkami do zwycięstwa. Przy większej ilości graczy zawsze ktoś kogoś będzie ścigał, będą strzelaniny, będzie więcej pokera. Niby mamy wybór postaci na początku i w jakimś stopniu ścieżki, którą obieramy, ale często musimy wybierać między złem a złem. To taka sama gra przy każdej ilości graczy.

Trudność i czas – Gra jest prosta do opanowania, nawet aż za prosta. Sama rozgrywka przy trzech graczach zajęła niecałą godzinę (do 15 punktów, najkrótsza wersja). Zasady są jasne, ikonografia też niczego sobie.

Ocena ogólna – Matt 7/10, Ala 6,5/10

Kości Zostały Zmienione

Jeśli byliście tu już kiedyś, to wiecie, że lubię odpicowane gry. Jeśli gra nam się podoba, i wiemy, że zostanie na stole na dłużej, lubimy żeby ładnie wyglądała. Oprócz elementów takich jak zasoby czy meeple, można oczywiście odpicować kości.

Wiele gier w naszej kolekcji posiada dość nudne i zwyczajne kostki, które mogłyby być bardziej tematyczne. Zrobiłam listę takich gier i udałam się do mojego ulubionego sklepu z kośćmi Q-Workshop. Pod zdjęciami są linki do kości, jeśli też byście chcieli się zaopatrzyć.

Zobaczcie, co udało mi się złowić i jakie gry zostały odpicowane 🙂

Abyss

Do Abyss kości nie trzeba, do Krakena też nie, ale Leviathan już dwie kostki dodaje. Oryginalne są całkiem ładne, lekko brokatowe. Aczkolwiek ja natknęłam się na te, które moim zdaniem wyglądają ciekawiej.

KOŚCI

Jamaica

Piraci to jeden z moich ulubionych tematów, więc pomyślałam – czemu nie pirackie kości? I wiecie co? Nawet rozmiar mają taki sam, jak oryginał!

KOŚCI PIRACKIE

Ciężarówką Przez Galaktykę

Trzeba wiedzieć skąd nadleci asteroid. I dużo lepiej wygląda to na kościach w klimacie sci-fi!

KOŚCI GALAKTYCZNE

Mechs vs. Minions

Tu chyba kłócić się nikt nie będzie, przy takiej jakości komponentów, jakie dostajemy w tej grze, metalowe k6 są po prostu musem!

KOŚCI METALOWE

Near and Far

Jedna z piękniejszych gier w kolekcji, jedyne co dla nas było nie do końca 10/10 to właśnie kość. Tu nie mogłam się zdecydować, więc wybrałam dwie – w końcu przy pojedynku możemy rzucać równocześnie!

KOŚĆ CLOCKWORK

KOŚĆ KLASYCZNA

Everdell

Ach, no tak. Piękny Everdell, cudne grafiki, super drzewo, niesamowite zasoby i.. zwykła, czarna kość do trybu solo. No to aż się prosiło o zmianę na coś bardziej w klimacie!

KOŚĆ FOREST

Uczta dla Odyna

Nad tą grą ciąży klątwa – nie lubimy się za bardzo. Może dlatego, trochę podświadomie, zamówiłam złą kość? K10 zamiast K12… ale to nic! K8 dalej zostaje tematyczna i piękna.

KOŚCI VIKING

Szybkość , Tetris czy Tradycja?

Uwe Rosenberg znany jest z (co najmniej) dwóch rzeczy – żywienia swoich ludzi i Tetrisa. I o ile każda większa jego gra, jak Agricola, Kawerna czy Uczta dla Odyna, gdzie punkty sypią się zewsząd, a decyzji nie podejmuje się pochopnie, potrzebowałaby osobnej, kilkustronicowej recenzji… o tyle cała trylogia o której będzie tu mowa, zmieści się w jednym tekście. I obiecuję – niczego nie omijam – no, chyba że to dziura w ziemi 😉

CZĘŚĆ PIERWSZA – OGRÓDEK (Cottage Garden)

Tradycja. Chyba to słowo najlepiej określi to, co wyróżnia tę pozycję z pośród całej trylogii.

Dostajesz dwie planszetki oraz licznik punktów, i w takcie trwania gry zapełniasz je kwiatami, które zabierasz z głównej planszy. Możesz zapełnić swoje grządki tyle razy, ile chcesz, jedynym przeciwnikiem jest czas. Jeśli Ogrodnik (kość d6) okrąży główną planszę po raz ostatni, a Ty nadal masz miejsce na swoich grządkach, grasz tak długo, aż ich nie zapełnisz. Jednakże każda runda kosztuje Cię punkty ujemne.

Punkty zdobywasz kiedy zapełnisz jedną ze swoich grządek, liczysz doniczki (pomarańczowe punkty) oraz klosze (niebieskie punkty) i odpowiednio przesuwasz kostki na swoim liczniku. W uzupełnianiu ogrodu pomagają Ci koty – na początku gry dostajesz dwa z nich, i możesz je umieścić na swojej planszy jako dodatek do normalnego ruchu. Jeśli żaden z kwiecistych kształtów nie pasuje do Twojej grządki, możesz zawsze wziąć doniczkę i umieścić ją na swojej planszy.

Za każdym razem, kiedy któraś z Twoich kostek przekroczy linię na liczniku punktów, dostajesz kota! A o co chodzi z tymi ulami? Tu się kłania element wyścigu. Pierwsza osoba, której kostka dotrze do końca toru, dostaje podwójny ul, czyli dwa punkty, a następna osoba dostaje pojedynczy ul, za jeden punkt. Jeśli obydwie kostki należą do tej samej osoby, dostaje ona obydwa ule.

Jak już wspomniałam, Ogrodnik, czyli kostka, chodzi dookoła dużej planszy i zmienia oczka rosnąco z każdym okrążeniem. Kiedy osiągnie on sześć oczek, i zakończy swoje ostatnie okrążenie, gra zmierza ku końcowi – a dla niektórych się kończy. Albowiem jeśli na swojej grządce masz mniej niż  dwa elementy, ta grządka wypada z gry. Ale to wcale nie oznacza czegoś złego. Jeśli tym sposobem stracisz obydwie grządki liczysz punkty, i to jest Twój wynik. Jeśli jednak masz więcej niż dwa kształty na grządkach, i nadal puste miejsca, grasz dalej, dopóki nie zapełnisz obydwu grządek. Jednakże na każda runda kosztuje Cię punkty.

Kiedy kostka ma pięć oczek, nagle wszyscy zaczynają myśleć – czy zdążę zapełnić grządki na czas? A może bardziej opłaca mi się nie spieszyć, i zdobyć więcej punktów? A może jednak stracę zbyt wiele, bo zajmie mi to zbyt wiele czasu…? To ten moment w Ogródku stawia go na trzecim – ostatnim, miejscu na mojej liście. Wywiózł się na taczce.

CECHY

*proste zasady, chociaż chyba najbardziej skomplikowane z całej trylogii
*czas gry, chociaż najdłuższy z całej trylogii
*wygląd, ładny, lecz najbardziej pstokaty – jak to ogród

OCENA 6,5/10

Zbyt długa jak na filler, zbut banalna jak na normalną grę.

 

CZĘŚĆ DRUGA – Indian Summer

Wyścig. Bo inaczej tego ująć nie można. Wyścig z elementami wymiany i kombinowania. Bierz plecak, buty i to szybko!

 

Twoja plansza podzielona jest na sześć prostokątów, a każdy z nich posiada nadrukowane zasoby, jagody, grzyby, orzechy oraz pióra. Tym razem, nasze Tetrisowe kształty mają dziury. Kładąc je na planszę, chcemy aby jak najwięcej otworów znajdowało się nad zasobami. Kiedy zapełnimy jeden (lub więcej) z sześciu prostokątów, dostajemy zasoby widoczne na planszy przez wyżej wspomniane otwory. Jeśli dane dziury utworzą konkretny kształt, jak kwadrat, linię czy literę L, możemy ze środka zabrać element odpowiadający kształtem (z nadrukowanym zwierzęciem), i zdobyć zasoby w tych otworach jeszcze raz.



Zasoby potrzebne są do wielu rzeczy. Orzech możemy zamienić na wiewiórkę – płytkę 1×1 – i od razu położyć ją na planszy, zapełniając ten niewygodny kwadracik w narożniku, o którym zapomnieliśmy. Grzyby pozwalają nam ukraść po jednym elemencie układanki z plecaków graczy z naszej lewej i prawej strony, i położyć na naszą planszę. Jagody zezwalają nam wypełnić nasz plecak nowymi płytkami, zanim wyczerpiemy swój zasób. Pióro pozwala nam wziąć dodatkową akcję. Zasoby również można wymieniać, 2:1, ‘tańsze’ na ‘droższe’. Albo 1:1 w drugą stronę.

 

I tyle, w sumie. Kto pierwszy zapełni całą swoją planszę, ten lepszy. Nie ma punktów, żetony na końcu nie znaczą nic, więc najlepiej wydać je jak najszybciej się da. Nie ma określonej ilości rund, nie ma liczenia, jest prosto, szybko i ładnie.

Zatem dlaczego tylko drugie miejsce? Cóż, correct me if I’m wrong, ale nie ma w zasadach nic o tym, że nie można użyć wiewiórek więcej niż raz na rundę. I w kilku już przypadkach było tak, że ktoś wygrał zapraszając na planszę 8 wiewiórek na raz, zapełniając wszystkie wolne i niewygodne miejsca.

 

CECHY

*najpiękniejsza z trylogii
*wyścig, zatem badzo szybka gra
*szybkie myślenie, ale dużo kombinowania
*posiada objaśnienie zasad wymiany na odwrocie plecaka

OCENA 7/10

Małe elementy w tak hektycznej grze odmawiają posłuszeństwa.

CZĘŚĆ TRZECIA – Spring Meadow

Tetris. Dosłownie, i to bardzo. Może bez spadania i przypadkowych, niechcianych kliknięć.

W tej części trylogii spacerujemy po zaśnieżonej łące i odkrywamy kolejne kawałki zieleni. Nasze trawiaste kształty również mają otwory, które chcemy umieszczać nad norami susłów, i które chcemy także układać w grupy – kształt nie ma znaczenia. Każda grupa daje nam dodatkową płytkę o wartości -1 do wielkości grupy, czyli grupa trzech otworów da nam płytkę o wielkości dwóch kratek.

Tym razem znacznik w postaci drogowskazu przesuwa się dookoła dużej planszy, i kiedy w danym rzędzie będzie 1 lub 0 dostępnych płytek, liczymy punkty. Dostajemy po 10 punktów za każdy pełen rząd, licząc od dołu, i ilość punktów odpowiadającą ilości zapełnionych pól w pierwszym niekompletnym rzędzie. Dodajemy po jednym punkcie za każdą norę susła, znajdującą się w otworze naszych trawiastych płytek. Osoba, która nie zdążyła położyć płytki przed liczeniem punktacji, dostaje kompensatę w postaci dwóch punktów. Gracz z największą ilością punktów dostaje odznakę. Gramy dopóki ktoś nie zgarnie dwóch odznak.

I to tak naprawdę tyle. Jest oczywiście cały biznes z susłami, że kiedy zakryjemy jedną norę, w innej pojawia się suseł, i ta nora również nie daje nam punktu. Jednym słowem – szanujcie susły, bo stracicie punkty młodego trapera! Panie Uwe, idź Pan w tę stronę. Wskazuję, jak drogowskaz.

CECHY

*prosta, przyjemna dla oka, nie przekombinowana szata graficzna
*przy dwóch graczach rozgrywka trwa 15 minut
*zasady najprostsze z całej trylogii
*łączy najlepsze elementy poprzednich gier w jedną

OCENA 7,5/10

Idealny filler, nie za długi, nie za trudny.

DETEKTYW – po sześciu sprawach i długiej przerwie.

5:00 rano, dzwoni telefon. Przymglonymi jeszcze oczyma spoglądasz na ekran. Antares. Odbierasz i od razu się wybudzasz. Zakładasz wczorajsze jeansy, t-shirt i wybiegasz do samochodu. Po drodze zatrzymujesz się na szybką kawę, ta w biurze smakuje jak pomyje, ale jesteś tam nowy, może kiedyś się przyzwyczaisz. Wpadasz do kwatery głównej. Susan już na Ciebie czeka. Ponagla do sali konferencyjnej, gdzie widzisz resztę członków ekipy, w podobnym stanie. Wszyscy zaspani, siorbiący brązowy płyn. Jesteś ostatni, bo zatrzymałeś się po swoje ekstra gorące latte, które parzy Twoją dłoń przez papierowy kubek.

Nie jesteś jeszcze zmęczony czytaniem tego typu narracji? Jeśli nie, to pokonałeś właśnie jedyny minus tej gry. Detektyw jest dla Ciebie! Dla nas to 10/10, i nie zawaham się wyjaśnić dlaczego.

1/10
Intrygujący wątek
Sprawa, którą będziesz się zajmował, jest niebanalna, a co więcej, wątki w niej zawarte są prawdziwe. Powiązania między postaciami zaskakują, portrety są przy tym bardzo pomocne.

2/10
Ciekawe postaci
Postaci i ich historie nie są naciągane, są oryginalne i rzucają się w oczy. Warto mieć dużo miejsca na stole, tablice korkową lub ścieralną, żeby zapisywać wszystkie połączenia.

3/10
Zaskakujące odkrycia
Jest kilka „wow!” momentów w grze, jeśli uda Wam się odgadnąć o co tak naprawdę chodzi, i iść tym tropem. I mimo, że trzeba ufać swoim instynktom, to czasem warto jest zboczyć z trasy.

4/10
Niebanalne zagadki
Są sprawy, szczególnie jedna, gdzie wbija Cię w krzesło od samego początku. Gdzie od pierwszej minuty myślisz, kombinujesz, rozkminiasz. Do samego końca. I używasz wszystkich możliwych metod.

5/10
Google maps
Warto mieć otwarte na jakimś urządzeniu, bo wszystkie miejsca wspomniane w sprawach istnieją naprawdę. Do niektórych będzie to nawet niezbędne.

6/10
Wikipedia
Na kartach są symbole, które wyglądają jak logo WiFi, wtedy wiemy, że warto odpalić Wiki na telefonie/tablecie/gdziekolwiek i poszperać. Detektyw nie daje nam wszystkich informacji na talerzu.

7/10
Dbałość o szczegóły
Na niektóre karty trzeba patrzeć bardzo uważnie. Wszystkie trzeba czytać powoli, nawet kilka razy. I notatki, notatki, notatki.

8/10
Strona Antaresu
To jest prawdziwe coś. 1/3 gry jest na tej właśnie stronie, ale to nie wszystko. Ten software pozwala Ci się wczuć w rolę, i – wierz mi – robi to bardzo dobrze! Wpisywanie kodów, szukanie w dokumentach, sprawdzanie DNA.

9/10
Wykonanie
Podstawka ze sklepu ma dokładnie taką samą funkcję, jak wersja z przedsprzedaży. Niektóre elementy dostępne jako ekstra dodatki są warte zakupu, ale nie zmieniają gry.

10/10
Przeżycie, nie gra
I to, co mówię każdemu. Detektyw to nie jest gra, to przeżycie, doświadczenie, prawie role-play. Plansza jest prawie niepotrzebna. Czytacie, szukacie, myślicie. Łączycie wątki, rozłączacie je, i w końcu – klik! Koniec gry…

EXTRAS?

Czy warto kupić dodatki ze strony, które były dostępne w przedsprzedaży? Drewniane znaczniki, plastikowe ID – to wszystko jest ok, ale nie jest konieczne. Mata do gry? Jest lepsza od planszy, nie zaprzeczę. Portrety? TAK! Jeśli możesz pozwolić sobie na jeden dodatek, niech to będzie ten. Nie wyobrażam sobie gry bez nich.

CZY TO JEST JAK…?

Czy to jest killer T.I.M.E. STORIES? Czy to jest jak Sherlock Holmes? Nie. Zdecydowanie nie. Detektyw ma elementy obydwu tych gier, aczkolwiek jest to coś zupełnie innego. Przełamanie bariery, i możliwość, a nawet przymus korzystania z Google daje wrażenie, jakbyśmy naprawdę byli młodymi detektywami.

PRZEŻYCIE

I ponownie, to nie jest gra. Nie przestanę tego powtarzać. Z jednej sprawy na drugą, coraz bardziej się zagłębiasz w całość tej historii, myślisz że wiesz, co się stało, doznajesz szoku. Zmieniasz tok myślenia, i znów – szok! Myślisz „nie… to nie może tak się skończyć”, a tu nagle – kolejny szok!
Jestem w trakcie tworzenia listy moich WOW momentów planszowych, i jeden moment z Detektywa jest na tej liście bardzo wysoko.

MINUSY

Tak, jak wspomniałam na początku, sposób w jaki Detektyw jest napisany, może sprawić wrażenie, jakbyś pracował z podrzędnym Rutkowskim, albo innym W11. Ale to jest jedyny minus, który może wprowadzić element komedii do tych dość poważnych spraw.

CZY WARTO?

Zdecydowanie! Jesteśmy fanami Sherlocka i innch gier detektywistycznych, ale ta naprawdę wbiła nas w fotel.

Wonderland

 „Wszystko jest możliwe, trzeba tylko wiedzieć o sposobach”. Lewis Carroll

Zostaliśmy zamienieni w ptaki dodo! Musimy znaleźć Alicję, zdobyć sobie zaufanie mieszkańców i uciec z Krainy Czarów przed czasem.

Wonderland to gra kooperacyjna, w której wszyscy wygrają lub przegrają. Taki mechanizm uczy dzieci pracy zespołowej i pomocy innym.

Na początku tasujemy karty, wybieramy swojego Dodo, i jesteśmy gotowi ruszyć w nieznane. Gra rozpoczyna się w Sali o Wielu Drzwiach, cała reszta krainy jest nieznana, albowiem płytki ułożone są do góry dnem. W swojej kolejce możemy wykonać trzy akcje: przesunąć się na sąsiedni kafelek, odkryć ślady Alicji, wykonać misję lub pomóc przyjaciołom.

Jeśli podczas naszego ruchu odsłaniamy kafelek z lokacją, od razu kładziemy na nim odpowiedniego bohatera; na przykład na Drzewie Kota postawimy Kota Cheshire. Bohaterowie będą się przemieszczać po planszy za pomocą rzutu kostką.

Odkryć ślady Alicji możemy tylko wtedy, gdy spełniamy warunek opisany na płytce; np. nasza Wyobraźnia wynosi 3. Jeśli dane kryteria są spełnione, kładziemy aktywny znacznik Alicji na płytce i dobieramy dwie karty Przedmiotów, z czego zatrzymujemy jedną.

Kiedy napotkamy na naszej drodze bohatera, będzie miał on dla nas zadanie, którego możemy ale nie musimy się podjąć. Jednakże odrzucenie misji będzie łączyło się z negatywnym efektem oddziałującym na całą następną rundę. Misje składają się z dwóch zadań, które wykonać musimy po kolei. Za wykonane prośby dostajemy punkty, które na koniec misji dadzą nam odpowiednią ilość punktów zaufania i kart Przedmiotów lub Przyjaciół.

Jeśli chcemy pomóc innemu graczowi, musimy stać na tym samym polu, co on. Wtedy podczas wykonywania testu, dostanie on dodatkową kartę sukcesu.

Testy pojawiają się podczas wykonywania misji, przy każdym teście dobieramy odpowiednią talię kart (1 Drugą Szansę, 2 Porażki oraz X Sukcesów, gdzie X to testowana cecha). Żeby dostać dodatkowe karty możemy poprosić o pomoc, lub wykorzystać ślady Alicji, jednakże możemy mieć w talii maksymalnie 9 Sukcesów. Tak złożoną talię tasujemy, i ciągniemy z niej Y+1, gdzie Y to trudność testu. Karta Drugiej Szansy pozwala na dobranie kolejnej karty, jednakże niewykorzystana przesuwa znacznik na torze Drugiej Szansy, a z tych punktów można skorzystać w następnym teście.

Gracze wygrywają, kiedy mamy odpowiednią ilość śladów Alicji i zaufania mieszkańców, oraz gdy wszyscy wrócą do Sali o Wielu Drzwiach. Gracze przegrywają, gdy dotrą do końca Toru Szaleństwa.

Podaj Łapę

Podaj Łapę to gra rodzinna, w której wcielamy się w rolę pracowników schroniska, a naszym zadaniem jest dobranie idealnego psa dla każdego klienta.

Pojawiające się w schronisku czworonogi są różnych rozmiarów, maści i charakteru. Podczas rozgrywki musimy odpowiednio wytresować pieska, którego dopiero możemy oddać do adopcji, jeśli spełnia odpowiednie warunki.

Na początku wybieramy jednego z przydzielonych nam przyszłych właścicieli, oraz psa – albo jednego z tych widocznych w schronisku, albo na chybił trafił z zakrytej talii. Zaczynamy z pięcioma punktami energii i trenujemy, a kiedy psiak się zmęczy, dajemy mu odpocząć i tym samym odzyskujemy dwa punkty energii.

Na polach treningowych, gdzie ćwiczymy cierpliwość, wierność, kondycję oraz przyjacielskość, może przebywać tylko jeden psiak na raz – chyba, że mamy kartę, która neguje tę zasadę. W sklepie zoologicznym możemy zaopatrzyć się w karty pomocy, które jak sama nazwa wskazuje, pomogą nam w tresurze. Czasem będą to punkty energii, a czasem specjalne umiejętności.

W każdej rundzie można wykonać trzy akcje, i dodatkowo poza akcjami, można oddać psa do adopcji i dobrać nowego właściciela i psiaka do tresury.  Przed każdą rundą odkrywamy kartę wydarzeń, która sprawi, że każda runda będzie trochę inna, np. któryś z torów treningowych będzie nieczynny.

Psiaki mają różną wartośc punktową, w zależności od stopnia zaawansowania. Liczymy punkty tylko za te, które zdołaliśmy odpowiednio wytresować. Gra toczy się przez 10 rund, a wygrywa ten, kto zdobędzie największą ilość punktów.

Jeśli chodzi o wykonanie, plansza jest złożona z pięciu puzzli z dobrej jakości tektury. Grafiki są urocze i różnorodne, ikonografia jest czytelna i zrozumiała. Jest to gra zdecydowanie dla rodzin z dziećmi, ale jest ona dobrym początkiem w temacie worker placement.

This War of Mine – podejście drugie

„A my na tej wojnie…”

Czujesz to? To już nie jest chłód, nie głód, to codzienność. To już ostatnie okruchy, ostatnie krople, pierwszy śnieg. Wyjść, i ryzykować życie za kilka konserw; czy zostać, i czekać na lepsze dni? A co, jeśli nie nadejdą? A co, jeśli nie dotrwam? Wychodzę, ostatni nabój w pistolecie znalezionym w gruzach. Trzymajcie kciuki.

„Kto walczy, może przegrać. Kto nie walczy, już przegrał.” (Bertold Brecht)

Na wojnie, podobnie jak w tej grze, nie ma zasad. Nie zaczniesz rozgrywki od przeczytania parunastu stron. Wszystko jest wielką niewiadomą. Rzucisz okiem na  setup, rozłożysz wszystko na planszy i… No właśnie, co teraz? Pierwsza osoba weźmie dziennik, i będziecie się go trzymać i sobie podawać. Tak krok po kroku, dzień po dniu, przeczołgacie się przez wojnę. Albo i nie. Nie ukrywajmy, ten tytuł jest ciężki. Nie tylko tematycznie, bo rzeczywiście niektóre decyzje będą wymagały przemyślenia, ale także jest to trudna rozgrywka. Dóbr i czasu jest mało, a do zrobienie wiele. Do tego dochodzą kości, które jak wiadomo, nie wybaczają. W niektórych momentach nie będziesz wiedzieć, czy się śmiać, czy płakać, czy zamknąć pudełko i wrócić do niego później. TWOM oferuje funkcję zapisywania gry, bo jeśli nam dobrze idzie, partia może trwać około czterech godzin, a to może być zbyt przytłaczające. Czasem szukamy jedzenia któryś dzień z rzędu, i nic. W końcu docieramy do miejsca gdzie jest szansa na słoik ogórków, jeśli tylko wyrzucisz 9 lub 10. Albo chociaż 7 lub 8, żeby bandaże… albo 5 lub 6, to chociaż zapalimy po papierosie. 3 lub 4 w ostateczności, książka też się przyda, zawsze można nią rozpalić w piecu, tylko błagam, nie 1 lub… 2! Oczywiście, znów wracamy z prawie niczym.

Na wojnie nie każdy jest żołnierzem. Ja jestem nauczycielką, Sveta architektem, a Pavle… cóż, Pavle był dobrym chłopem, robił co mógł,  by nam tu ułatwić żywot. Niestety, nie wytrzymał. I tak wegetujemy, z dnia na dzień, starając się nie zagłębiać w to, co stało się wczoraj. Wiem, że on umierał! Był słaby, ledwo oddychał, cierpiał. Nie, nie zapytałam o jego imię. Morfina? Tak, zabrałam. Jemu już się na nic nie przyda.

Łatwo oceniać tym, którzy to czytają. Prosto stwierdzić „kraść jedzenie i lekarstwa?”; jeszcze prościej powiedzieć „przecież to tylko gra, nie przesadzajmy”.  Jednak This War of Mine nie nazwałabym grą, to bardziej przeżycie, doświadczenie, experience. Jest również bezwzględnie miażdżącą pozycją. Po nią się nie sięga dla rozrywki, dla śmiechu, nawet nie dla uroku. Musisz być na to gotowy, mieć czas, towarzysza czy dwóch (ale nie więcej) i dużo cierpliwości oraz pogody ducha.
Mimo, że wojna jest w tytule, to nie ma tu figurek wojowników, nie ma area control, nie ma czołgów, dowódców. Czasem spotkamy tego czy owego, czasem z nożem, czasem z pistoletem. Czasem chcą okraść, czasem tylko postraszyć, a jeszcze innym razem chcą się przyłączyć.

 

Słyszałeś to? Ktoś puka do drzwi! Trzecia w nocy, zmiana warty. Cholera! To ja muszę otworzyć. Czego tu? Nie mamy nic na wymianę. Co? Zostać? Tutaj? Poczekaj… Sveta! Facet za drzwiami chce się tu zatrzymać, mówi, że ma karabin, ale zepsuty. Chce użyć naszego warsztatu w zamian za ochronę. Nie, nie ma jedzenia, z resztą my też nie. On mówi, że znał Pavle… Wejdź, siadaj.

Wiele jest sensu w tej rozgrywce, co niektórych frustruje. Jak to nie mogę wiedzieć jak się robi barykady, zanim w ogóle znajdę dziurę w ścianie i deski? A no tak, o wielu rzeczach dowiesz się dopiero wtedy, kiedy zostaniesz w ich stronę popchnięty przez los, yyy to znaczy, przez Księgę Skryptów. Mnie to bardzo odpowiada, przecież póki nie musisz wystrugać sobie dzidy, nie sprawdzasz jak to zrobić.

Realizm w This War of Mine jest wielkim plusem, ludzie są ludźmi, mają potrzeby. Jeden jest uzależniony od papierosów, drugi od kawy, i jeśli brakuje ich w naszej bazie, to wpadają oni w depresję. I ona się pogłębia, do tego stopnia, że jeśli stanie się coś nieprzewidzianego, wyżej wymienieni mogą tego nie wytrzymać. Realistyczne są również warunki, jeśli śpisz na podłodze, to nie wypoczniesz tak dobrze, jak na łóżku. Jeśli pijesz wodę po ogórkach, to nie odżywi ona tak, jak kiełbasa. Jeśli jesteś empatyczny, to kiedy kto inny jest w depresji, Tobie też ciężko.

Sveta poszła szukać jedzenia, coś długo nie wraca. Ten nowy, Stepan, chyba ma depresję. Może myślał, że blefujemy z brakiem jedzenia. Sveta zostawiła pistolet, ale wzięła tę strzelbę, którą naprawiliśmy wczoraj. Może tym razem się uda. A co, jeśli nie? To już trzeci dzień bez jedzenia. Nie wiem, czy mam halucynacje, ale ten ostatni nabój ma na sobie moje imię… Katia… Katia…

Nie jest to dla każdego, ba! Jest to gra dla mało kogo. Jednak ja się cieszę, że jestem w tej mniejszości. Trudno opisać rozgrywkę, bo każda jest inna. Ciężko mówić o zasadach, bo prawie ich nie ma, a streszczanie tego, co wiem, byłoby spoilerem. A jeśli chodzi o wykonanie, do którego nie można się doczepić, to aż nie na miejscu, żeby się o tym wypowiadać.

Śmiejcie się, ale dla fanów komiksów paragrafowych, książek typu chose-your-own-adventure, gier jak Martwa Zima czy klimatów postapo, This War of Mine jest grą, która powinna pojawić się na półce. Urzekła mnie tym, że jest prawdziwa. Nie ma w niej zombie, kosmitów, maszyn z przyszłości czy mutantów. Są tylko ludzie, i tego czego najbardziej należy się bać, to tego, do czego są zdolni.

 

Imaginarium – Fabryka Snów

„Poprzez mgłę widzisz zarys wielkiej fabryki, fabryki snów. To tu kształtuje się esencja tego, o czym śnimy! Wchodzisz przez ogromne drzwi. To tu są te słynne maszyny! Możesz je naprawiać, zespalać i wyburzać. To one wyprodukują elementy potrzebne do budowy kolejnych maszyn.” – czytamy na Kickstarterze.

Imaginarium to gra niewątpliwie piękna, niesamowite miniaturki graczy, kostki dóbr, plansza no i karty. Graficznie wszystko jest dość… ciekawe. Symetryczne, to prawda. Ale czy próbowaliście kiedyś zobaczyć swoją twarz na symetrycznym zdjęciu? No tak. Dodajcie do tego latające świnie, metalowe ślimaki, i małpy, dużo małp. Wszystko jest bardzo dobrej jakości i naprawdę ciężko by się czegoś doczepić.

Ale do rzeczy, gra sama w sobie nie jest zbyt skomplikowana, wystarczy raz, dokładnie przeczytać zasady,  jakiegoś bloga, albo obejrzeć video instrukcję (na przykład moją, która ukaże się jutro). Ale ostrzegam, rozgrywka nie należy do najkrótszych, szczególnie kiedy kogoś uczymy grać. Ale przecież to jedyna opcja, żeby mieć w końcu 4 lub 5 graczy, którzy wiedzą, co robią.

A zatem, na początku gry wybieramy inżyniera, który będzie tylko i wyłącznie kolorem (promo z Kickstartera dodają inżynierom specjalne umiejętności) i pasujące drewniane dyski. Do tego dobieramy osłonkę, bo dobra zbieramy w sekrecie. Na owej osłonie mamy również pomoc dla graczy, czyli rundy krok po kroku i wyjaśnienie akcji na zegarze. Jakim zegarze? A no tak, dodatkowo dobieramy planszę gracza – te się różnią, dają nam inne dobra i karty początkowe.  Na owych planszach mamy zegar akcji, i dwie wskazówki, które są trochę… zepsute. Wskazówki obracają się, jednak wskazują na dwie akcje obok siebie, i tylko te akcje możemy wykonać. Czasem mamy wymaganą ilość węgla żeby zakupić pomocnika, ale też chcemy wyburzyć jakąś maszynę i naprawić inną – problem, bo nie można. I tu zaczyna się myślenie.  Ale do tego wrócę.

Kiedy już ustawimy swój warsztat, zabieramy się za dużą planszę. Na środku kładziemy pudełko z kostkami i węglem – bardzo ładny dodatek tak na marginesie, przydatny i ładny. Tasujemy karty pomocników i układamy tyle, ile wyznacza ilość graczy. Potem tasujemy karty maszyn i wykładamy ich cały rząd, resztę odkładając obok na wyznaczone miejsce. Później bierzemy płytki osiągnięć, tasujemy i wykładamy tyle, ile wyznacza nam ilość graczy. Na koniec gdzieś w zasięgu ręki wysypujemy żetony punktów (które, jak na zdjęciu, można zastąpić metalowymi trybikami). I możemy zaczynać.

Pierwszy gracz kładzie swój znacznik na polu, którego akcje chce wykonać, jest to albo kupno karty, albo przypływ waluty. Jeśli chodzi o węgiel (tutejszy pieniądz), to można w ten sposób dostać 1, 2 lub 3 jednostki. Co do kart, to jest to bardziej złożony proces. Przy kupnie karty płacimy węglem cenę – numer na planszy plus numer na karcie. Wtedy maszyna jest nasza, niestety, jest zepsuta. Kładziemy ją z boku naszego warsztatu, i będziemy mieli możliwość ją naprawić. Zanim jednak to nastąpi, przeprowadzamy proces produkcji, czyli dostajemy dobra, które produkują nasze maszyny w warsztacie. Jeśli mamy wystarczającą ilość dóbr, żeby naprawić zepsutą maszynę, którą mamy w posiadaniu, możemy teraz wybrać tę akcję na zegarze i ją przeprowadzić. Tu właśnie zaczynają się schody, bo może będziemy chcieli zrobić co innego – na przykład kupić pomocnika, jeśli mamy wystarczającą ilość węgla. Powiedzmy, że jednak jako jedną z akcji wybieramy naprawę maszyny. Płacimy wtedy ilość dóbr wskazaną na karcie, i kładziemy kartę w naszym warsztacie. Musi ona być zbudowana na pustym polu, zanim może być zespawana z inną maszyną.  Od następnej rundy ten oto wynalazek będzie produkował dodatkowe dobra/ osłony/ punkty.

A o co chodzi ze spawaniem? Niektóre maszyny działają lepiej, kiedy są połączone. Jedną z akcji na naszym zegarze, jest akcja łączenia (spawania, zespalania) maszyn. Jeśli posiadamy maszynę, która może działać jako baza dla innej (patrz prawy dolny róg karty), oraz taką, którą chcemy zamontować na tej pierwszej, jako akcję możemy je zespolić, bez żadnych kosztów. Wtedy taka maszyna może produkować więcej (lub inny rodzaj) dóbr.

Jeśli jakaś maszyna nam się znudzi, nie jest już użyteczna, lub wiemy, że nigdy jej nie zbudujemy – możemy w ramach akcji ją wyburzyć. Jeśli jest to maszyna zepsuta, dostajemy za nią węgiel (lewy górny róg) lub część dóbr, które normalnie płacilibyśmy za naprawę. Jeżeli jednak maszyna jest naprawiona, dostajemy 2 x węgiel, lub 2 x dobra, które zapłaciliśmy za naprawę. Nie możemy jednakże wyburzyć maszyny, która jest połączona z inną.

Może dość zasad, to wszystko można przeczytać na osłonce gracza lub w zasadach. Może trochę o tym, jak dostajemy punkty? Dobrze, na początku punkty będą wpływały bardzo wolno. Chyba, że będziemy mieć fart, i złote maszyny, które produkują punkty, pojawią się szybko. Punkty głownie napływają z wypełniania zadań określonych na początku gry. Pierwsza osoba, która wypełni zadanie, dostaje ilość punktów wyznaczoną na kafelku, a każda inna osoba dostaje jeden punkt mniej (np. pierwsza osoba dostaje 4, a druga, trzecia i czwarta po 3 punkty, jeżeli wykonają zadanie. Punkty, tak jak dobra, zbierane są w tajemnicy, ale pierwsza osoba, która osiągnie 20 punktów, musi ogłosić to wszystkim graczom – to jest ostatnia runda. Jeśli gracz, który ma 20 punktów był także pierwszym graczem w tej rundzie, wszyscy inni gracze również dostają ostatnią kolejkę. Kiedy wszyscy wykonają pozostałe akcje, liczymy punkty za ilość dóbr i dodajemy do punktów zdobytych w czasie rozgrywki. Najwyższy wynik wygrywa.

Teraz może o wrażeniach.

Gra na pierwszy rzut oka przepiękna, nie ma w niej chyba nic, do czego można by się przyczepić jeśli chodzi o grafikę i ogólne wykonanie (może poza okropnymi zębami na planszy). Miniaturki są najpiękniejszą częścią gry, zdecydowanie. Zastanawialiśmy się czy je pomalować, i postawiliśmy na metaliczny kolor, zamiast detali i „prawdziwych” kolorów. Jakoś bardziej nam to pasowało tematycznie.  Do tego plansze, karty i osłonki – wszystko cacy. Żetony punktów, jak już wspomniałam, zastąpiliśmy trybikami różnych kolorów i rozmiarów, brązowe 1 punkt, srebrne 3, a złote 5 punktów.

Rozgrywka niestety nie jest bułką z masłem. Jeśli tylko jedna osoba spośród czterech lub pięciu zna zasady, cała gra zajmie około 2 godzin co najmniej. Wszystko sprowadza się do zegara akcji, wtedy odbywa się najwięcej myślenia, i traci najwięcej czasu. Jednak jest to wszystko warte świeczki, bo kiedy wszyscy wiedzą, co robią, rozgrywka jest płynna i daje dużo frajdy. Gra jest typową grą „na myślenie”, nie można wygrać przypadkiem.

Ikonografia na katach jest naprawdę czytelna, wszystkie symbole są jasne i wiadomo co jest czym. Po przeczytaniu instrukcji raz, a porządnie, nie trzeba do niej więcej zaglądać.

Rozgrywka różni się za każdym razem, ale również jest inna przy dwóch graczach. Jeśli gracie tylko w dwie osoby, w swojej drużynie macie też sabotażystę, który psuje wynalazki, lub maszyny produkujące węgiel. Zatem grając głównie we dwoje, przyzwyczaicie się, że niektóre maszyny nigdy nie będą zbudowane. Natomiast w 3 lub więcej osób gra zmienia się bardzo, ponieważ nagle czerwone wynalazki (maszyny agresywne) pojawiają się w warsztatach, warto mieć miejsce na jakąś maszynę obronną (zieloną) i nagle wypełnianie zadań staje się dużo bardziej skomplikowane.

Czyli co to za gra? Dla osób, które muszą mieć konkretną kategorię, to będzie problem. Bo jest to worker placement + resource management + action selection. Mechanika jest naprawdę unikatowa.

Co mnie dziwi to to, że Kickstarter ma 8 dni do zakończenia i niestety, nie osiągnął nawet 50%. Cieszy mnie, że zawartość pudełka będzie taka sama i naprawdę jest to gra warta wsparcia. Samo pudełko przyciąga wzrok!

W jednym zdaniu? Unikatowa, ciekawa graficznie i mechanicznie, gra na myślenie.

Półka Wstydu

Wielu z nas posiada półkę wstydu. Dla jednych to gry, które kupili jakiś czas temu, ale nie mieli czasu w nie zagrać. Dla innych to gry, które nie spełniły oczekiwań za pierwszym razem, a potem nie było chęci ani okazji, by powróciły na stół. Dla jeszcze innych, to gry kiedyś uwielbiane, które zostały zastąpione nowymi, niekoniecznie lepszymi. Nasza półka to taki miszmasz, z dodatkiem nieudanych prezentów, których nie da się sprzedać, bo nikt ich nie chce.

Przy okazji 10×10 challenge, założyliśmy że zrobimy 5×1 challenge, którym celem będzie zagranie choć raz, każdej gry z półki wstydu. A na niej znajdują się: Pory Roku, Triassic Terror, Realm of Wonder, Galaxy Trucker, Gra o Tron, Dar7s Fall oraz Steam Park.

Pory Roku zawitały ponownie na naszym stole kilka dni temu. Trzeba było odświeżyć zasady, które nagle wydały się tak proste. Gra zajęła jakieś 30 minut, zakochaliśmy się w niej na nowo. Jest prosta, jest piękna, jest szybka i jest trochę wredna. Mam nadzieję, że częściej trafi na stół, nawet jako filler.

Galaxy Trucker, przyznam, przegrał nam się trochę. Dodatek z kosmitami, w naszym mniemaniu, popsuł tę grę. Chyba za bardzo ją skomplikował, żeby się kwalifikowała do „łatwych”. Poza tym za często graliśmy w nią na tablecie. Ale wróci na stół. Nie wiem tylko kto będzie miał odwagę zagrać, po wielkim incydencie w sylwestra 2015/2016, kiedy to jeden ze znajomych w przypływie furii rozrzucił elementy ze swojej planszy, i odszedł w siną dal. Wrócił, ale od tamtej pory gry nie tknęliśmy.

Steam Park dołączył do naszej kolekcji latem 2017, i zagraliśmy w niego dobre paręnaście razy. Mnie bardzo przypadł do gustu temat, bo od małego grałam w Rollercoaster Tycoon, do tego uwielbiam parki rozrywki. Steampunk dodał do tego smaczku. Ale ja zdaję się być jedyną osobą w naszym gronie, która lubi tę grę. Co nie zmienia faktu, że będę zmuszać wszystkich, żeby zagrać choć raz.

Gra o Tron. Tak, ta duża. Kupiliśmy, odpakowaliśmy, zagraliśmy raz. Walka była nierówna, zasady skomplikowane. I tak oto Gra o Tron trafiła na najwyższy szczebel półki wstydu ponad dwa lata temu, i nigdy z niej nie zeszła. Do pełnej gry potrzeba pięciu osób, dość często mamy tyle ‘na chacie’, ale wtedy inne gry goszczą na stole.

Realm of Wonder jest jedną z pierwszych gier, które kupiliśmy w Polsce. Pięknie wydana, ciekawa koncepcja, proste zasady, figurki – czego chcieć więcej? Cóż, więcej ludzi, którzy chcą grać. Podobnie jak Gra o Tron, Realm of Wonder zamieszkuje półkę od ponad dwóch lat. Nietknięty.

Dwar7s Fall, gra którą kupiliśmy przypadkiem, niewiele o niej wiedząc, bo była okazja. I zagraliśmy raz. Zagraliśmy źle, bo zasady są tragiczne. Poszukaliśmy filmików, wydaliliśmy wielkie „AAAHAAAAA..” i nigdy więcej nie otworzyliśmy pudełka. I nadal nie wiemy, czy warto?

Triassic Terror. To rezydent półki wstydu, który najbardziej mnie zaskoczył. Znacie Dominant Species albo Ewolucję? To taki pradziadek tych gier, albo wujek, kuzyn, woda po kisielu. Tak, czy siak – dinozaury! Rozwijacie stada, migrujecie, nie dajecie się zjeść. Na zmianę kontrolujecie T-Rexa, Velociraptory i Pterodaktyle, które zjadają, lub zastraszają inne stada. Nie ma kart, nie ma kości, nie ma ukrytych ruchów – czysta strategia. I to do sześciu osób! Naprawdę nie wiem, dlaczego Triassic Terror nie gości na naszym stole częściej.