Ponura Przystań.

W lewym rogu, o wymiarach 46.2 x 34.8 x 26.2 cm, i wadze 9,7 kg, oceniona jako najlepsza gra na świecie wg. BGG –  GLOOMHAVEN… w prawym rogu, o wymiarach nieistotnych i wadze dużo większej – JA.

Wychowałam się przy komputerze, przyznaję, i widzę jaki wpływ mają na mnie gry, którymi częstował mnie tato. Diablo na ten przykład, jako jeden z ulubionych tytułów to gra, którą jako jedną z niewielu opanowałam na XBOXie. Jest powtarzalna, leveluje się dość szybko na początku i można dobrać poziom do umiejętności. Czego chcieć więcej? Może tego samego w wersji planszowej? I tu pojawia się Gloomhaven.

Nie, nie jest to gra ani tania, ani łatwa do zdobycia; tak, ma swoje minusy, o których wspomnę później, ale co najważniejsze, jest to planszowe spełnienie marzeń. I poświęcenie, oj dużo poświęcenia.

Zaczynasz w miasteczku Gloomhaven jako jeden z sześciorga dostępnych bohaterów : Brute, Scoundrel, Tinkerer, Cragheart, Mindthief albo Spellweaver. Jak ich wybierasz? Cóż, możesz albo odebrać sobie przyjemności zaglądania do tajemniczych pudełek i kopert, przeczytać w interneach o wszystkich klasach, i po prostu wybrać tę, która najbardziej przypadła Ci do gustu. Albo możesz spojrzeć na sześć prostych symboli, i wybrać ten, który najbardziej rzucił Ci się w oczy.

Mnie przypadł Brute, z czego cieszę się niesamowicie, bo zawsze grałam „tankiem”, zawsze close-combat. Matt wybrał Mindthiefa, bo mózg i kontrola. Nie, to nie jest analogia do niczego.

Weszliśmy do Śpiącego Lwa (tawerna) i poznaliśmy kogoś. Nie powiem kogo, bo nie będę odzierać Was z niczego. Tak, ta recenzja jest spoiler-free, oraz – tak, jest tu dużo zangielszczeń, bo gram po angielsku i przyznaję, niektórych planszówkowych słów po polsku po prostu nie znam. Do rzeczy, w mieście zakupiliśmy kilka potrzebnych drobiazgów – niewiele, bo na tyle pozwala nam 30 złotych monet, i wyruszyliśmy w drogę. Tak jak w Diablo, i tutaj napotykamy na różne side questy w drodze pomiędzy głównymi celami podróży. W końcu docieramy do… nieważne dokąd, i robimy… nieważne co.

Tyle mogłabym napisać, żeby nie zepsuć niczego. Ale chyba trochę rąbka uchylę. Tak, jest to kooperacja, chociaż ma małe elementy współzawodnictwa, takie jak ukryte cele misji i kampanii oraz złoto, którym dzielić się nie można. Sprytne, prawda? A jakie irytujące, kiedy znokautuję trzech jegomościów za jednym zamachem, ale nie mogę się potem ruszyć, a mój szczurzy kompanion pozamiata wszystko co na podłodze, i skończy scenariusz na bogato. Ale to smaczki, do których łatwo się przyzwyczaić, i może zmienić taktykę?

To może trochę o tym jak przebiega runda. Bierzesz do ręki wszystkie karty, które są dostępne dla Twojego levelu, i wybierasz tyle, ile pokazuje liczba w prawym górnym rogu Twojej planszy. Karty X można zamienić z tymi, które dopasowane są do pierwszego poziomu (mają numer 1 na górnym pasku). Nigdy nie można mieć więcej kart, niż nakazuje klasa. Układamy obok stos kart modyfikacji ataku – tak, tu nie ma kości! Następnie ustawiamy znacznik życia na wskazany poziom – tak, te też się różnią między klasami, i jesteśmy gotowi. Każdy grasz w tajemnicy przed innymi wybiera dwie karty z ręki, i w głowie ustala inicjatywę. Inicjatywa to liczba pośrodku karty, która determinuje kolejność graczy w turze; im mniejsza liczba, tym szybciej będziemy mieć nasz ruch. Niestety, nasza komunikacja w grupie jest ograniczona. Wyobraźcie sobie, że jesteście na polu bitwy, nie będziecie przecież krzyczeć do siebie o całej ustalonej taktyce. Rozmawiać zatem ze sobą można, ale nie wolno wspominać o inicjatywie w liczbach. Można zatem powiedzieć „mam nadzieję, że raczej szybko przesunę się o kilka pół i zaatakuję kilka szkieletów na raz”; ale nie można powiedzieć „wyjdę z inicjatywą 11, chcę być pierwsza więc nie grajcie niżej, przesunę się o trzy pola i zaatakuję szkielety 5 i 6 atakiem 3”. Nie utrudnia to za bardzo akcji, ale przy kulawej komunikacji zdarzy się popełnić kilka błędów taktycznych. Nie jest to jednak coś, czego nie da się dopracować do perfekcji. A zatem, każdy wybiera dwie karty, jedna z tych kart będzie użyte od połowy w górę, druga od połowy w dół, ale o tym można zadecydować po tym, jak wszystkie karty, również karty potworów, będą zagrane. Wtedy rozpatrujemy inicjatywę, decydujemy o swoich ruchach, wykonujemy akcje i sprzątamy, tzn. tasujemy to, co ma być przetasowane, usuwamy znaczniki, które przestały działać, np. Immobilize, pozbywamy się kart jednorazowego użytku, i decydujemy czy będziemy brać akcję Szybkiego Odpoczynku. Szybki Odpoczynek to wolna akcja na koniec rundy, w której odzyskujemy wszystkie karty, których użyliśmy poprzednio, a które nie są jednorazowe; oprócz jednej – losowo wybranej. Możemy się zdecydować na Długi Odpoczynek, który jest akcją w zamian za normalne akcje, i ma inicjatywę 99. Oznacza to, że będziemy ostatni w kolejce, jeśli chodzi o turę, i jedyne co zrobimy, to odzyskamy karty wielorazowego użytku, za wyjątkiem jedne, tym razem wybranej przez nas; i wszystkie rzeczy, które nie są jednorazowe, a zostały użyte, mogą teraz być użyte ponownie; oraz odzyskujemy 2 punkty życia.

Dlaczego w ogóle odpoczywać? Kiedy na początku rundy nie będziemy w stanie zagrać dwóch kart, jesteśmy Wyczerpani. Nie brzmi groźnie? To może wyjaśnię. Wyczerpanie = wypad ze scenariusza. Ups, no tak, bolesne. Dlatego jest na to droga okrężna – możesz pozbyć się karty i wrócić do życia. Chyba, że gracie w systemie Perma Death, czyli jeśli się wyczerpiesz, to umierasz, na zawsze. Whoa!

Tak, czy siak. Rundy toczą się tak samo, aż do momentu kiedy a) spełnicie wymagania scenariusza, lub b) wszyscy będziecie wyczerpani. Wtedy wracamy do Gloomhaven, liczymy złoto, zbieramy doświadczenie, odwiedzamy sklep i resetujemy nasz znacznik życia i XP. Ledwo odpoczniemy, to kolejny City Event uderza nas obuchem w łeb. Choć przyznam, wydarzenia w mieście są z reguły lepsze niż te, które spotykają nas w drodze. Po tych czasem chce się płakać. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni? Hmm…

I tak chodzicie, od scenariusza do scenariusza. Naklejacie naklejki z nowymi lokalizacjami na mapę, zbieracie osiągnięcia globalne lub drużynowe, miasto rośnie w siłę, nowe przedmioty pojawiają się w sklepie, levelujecie i… w pewnym momencie orientujecie się, że spełniliście wszystkie wymagania karty, którą mieliście w swojej kopercie od początku. I co teraz? Zasłużona emerytura. Wasz stary dobry druch, który był z Wami od początku, odchodzi (ale nie na zawsze!), a Wy zaprzyjaźniacie się z kimś nowym. Z kimś, kto zostawił swoje logo w dolnym rogu Waszej karty. Kto to będzie? Czy się polubicie? Tego nie wie nikt.

Jak wiecie, wiele jest tajemnic w Gloomhaven. Nie tylko w miasteczku, ale i w pudełku. Wiele w nim kopert, zalakowanych, które można otworzyć tylko, kiedy spełniło się konkretne warunki, lub gdy jest się tego wartym. Ja się jeszcze nie czuję na siłach.

Gra zaskakuje mnie cały czas, mimo swojej powtarzalności. Jest historia, jest temat, są decyzje do podjęcia. Czasem nie ma złych decyzji, a czasem słono zapłacicie za obranie złej drogi. Gra wciąga, na długo, bo na tyle jest zaplanowana. Nieważne, czy grasz partia za partią, czy odstawiasz ją na miesiąc, żeby wrócić i zakochać się na nowo. Jedno jest pewne, to nie jest tylko gra. To zobowiązanie, to przeżycie, to przystań. Ponura Przystań.

A teraz o jakości komponentów. Oderwijmy się od tego fantastycznego świata na krótką chwilę, i pomówmy o tym, co tak naprawdę znajduje się w pudełku. W pudle, powinnam powiedzieć, bo jest to gigant. Pamiętam czasy, kiedy Scythe wydawało się monstrualne, potem Mechs vs. Minions, a teraz Gloomhaven. Tego to już chyba nie da się przebić, prawda?

Otwieramy, a tam zasady, bagatela ponad 50 stron; do tego księga scenariuszy – dużo więcej stron. Cztery kartki z naklejkami i plansza – zupełnie niepotrzebna. Mogliby dać kawałek papieru, rulon, wydrukować jak prawdziwą mapę. Planszy w ogóle podczas rozgrywki nie używamy. Zaznaczamy na niej tylko osiągnięcia i rozwój miasta. Nasza wisi na ścianie. Ale do rzeczy, następne co widzimy, to stos kartonowych plansz, z setkami elementów, dużych, małych, malutkich. Gdzie to wszystko pomieścić? Woreczki strunowe to przeszłość, straszny downtime przy rozkładaniu. Kupić piękną, drewnianą wypraskę za połowę wartości samej gry? Przy tym pomyśle czuję, jakby mój portfel kopnął mnie w krocze. Pojemniki na śrubki. Tak. Tanie, łatwo dostępne, bingo. Zmieściło się wszystko, poza dwoma bossami. Oj, jest się czego bać. Następnie mamy koperty, tekturowe, z symbolami, ułożone elegancko. Do tego pudełka, małe, z tymi samymi symbolami. Wiadomo, o co chodzi. I karty, tysiące kart. No i przecież kwadratowe plansze potworów, oraz koperty do nich, jak mogłam zapomnieć. No jak?!

Jest w pudle dużo, wszystko ledwo się mieści po domowych ulepszeniach w postaci plastikowych pudełek. Wypraska jest droga, za droga. Plansza jest niepotrzebna. Niektóre elementy, mam wrażenie, że były robione na szybko, za szybko. W niektórych miejscach puszcza klej, i powłoka ochronna odrywa się od plansz, jak skóra poparzona smoczym oddechem.

Chwila, bo ja już wracam myślami do Śpiącego Lwa, gdzie czekają na mnie, żeby wyruszyć w kolejną wyprawę. Stoimy przed nie lada decyzją, pójdę zatem. Nic o mnie beze mnie. Wybaczcie błędy, czas ucieka, a przygoda czeka.

Na co czekasz?

Mam dziwne wrażenie, ze 2018 będzie mniej ekscytującym rokiem dla gier niż 2017. Mogę się mylić, gdyż obiecałam sobie nie wydawać tyle tym razem, więc nie wczytuję się aż tak w BGG. Staram się przynajmniej. Ten rok jest dla mnie bardziej rokiem Kickstartera, gdyż jest kilka kampanii, które dotrą do mnie w tym roku, i już kilka, którym będę się bacznie przyglądać.

Styczeń : jeszcze w tym miesiącu powinien do nas dotrzeć OX – mała, przenośna gra podróżna, spersonalizowana na dodatek!

Marzec : 7th Continent – już z krzesła spadam na myśl o tej grze. Chyba najdroższy jak do tej pory wsparty przeze mnie projekt.

Czerwiec : Czekam z niecierpliwością na  Dice Hospital, który miałam przyjemność testować, i który będzie (prawdopodobnie) do odbioru na UK Game Expo.

Wrzesień : D-Day Dice, kolejna gra wojenna, tym razem kościana. Drugie wydanie. Wygląda super, czekam, czekam, czekam!

A teraz przejdźmy do wydawania pieniędzy. Jutro rusza kampania U-BOOT The Board Game, i powiem szczerze, jestem na nią gotowa wydać sporo, bo nie mamy jeszcze takiej gry. Gdyby to była kolejna zwykła planszówka, przemyślałabym mocniej. Ale trójwymiarowa łódź podwodna na środku stołu?!

Nemesis – tę grę przemyślę. Mamy bowiem AvP i nie możemy sięga to  zabrać. Zagraliśmy raz, przed konwersją, i się zawiedliśmy. Kupiliśmy konwersję i nigdy do gry nie wróciliśmy. Więc mimo, iż to nie to samo, to wstrzymamy się chyba. Poczekamy na sprzedaż.

Poza Kikcstarterem są też gry, które w tym roku znajdą miejsce na mojej półce – są to trzy dodatki.

Scythe – the Rise of Fenris, wiem że dopiero kupiliśmy Wind Gambit, ale Scythe pozostaje jedną z Top 3 naszych ulubionych gier, i o ile RoF będzie ostatnim dodatkiem, będziemy szczęśliwi. Do tego aplikacja na Windowsa wchodzi niedługo – wooohoooo!

Abyss – Leviathan, Abyss kupiliśmy dopiero w zeszłym roku, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. Potem przyszedł Kraken z czarnymi perłami, teraz czas na Leviathana.

Mansions of Madness – Sanctum of Twilight, nie oszukujmy się, do tej gry każdy dodatek jest wart swoich pieniędzy. Nadal nie wierzę, że jeszcze nie wypróbowaliśmy wszystkich scenariuszy do Streets of Arhkam (czas, czas, czas) a już wychodzi nowy dodatek.

Są też oczywiście gry, które wyszły już jakiś czas temu, a które nadal są na naszej liście. Mówię tu o Gloomhaven, Spirit Island albo Roll Player. Są też gry, bez których przeżyję, ale chciałabym je mieć w swojej kolekcji, jak Harvest, Harry Potter Hogwarts Battle czy Too Many Bones.

A Ty, na co czekasz?

A my na tej wojnie…

O This War of Mine słyszy się coraz więcej. Gra zrobiona przez Polaków. Gra, która mogłaby się toczyć w Polsce, choć imiona postaci jakieś takie Rosyjskie… W każdym razie, jest zimno, jest ciemno, jest głód, są rany. Na wojnie nie każdy jest żołnierzem.

Grę zaczynamy zwykle od przeczytania zasad. W tym wypadku zasad nie ma, wszystko dzieje się nagle, wszystkiego uczymy się podczas gry. Jak w życiu. Ale powiedziałam.
Układamy wszystko na planszy tak, jak opisane, wybieramy bohaterów i zaczynamy przekazywać sobie książkę. Jeśli nie wiemy do czego coś służy, widocznie nie musimy tego jeszcze wiedzieć. Karty, które odkrywamy podczas gry mówią wszystko, trzeba je tylko dokładnie czytać. Dużo na nich niezrozumiałych numerów i kolorów, które odsyłać nas będą do Księgi Skryptów. Nie brzmi ekscytująco? Brzmi.

Gra stawia nas przed moralnymi wyborami, które na początku będą trudne, ale po kilku godzinach rozgrywki możemy być zaskoczeni tym, jak bardzo potrafimy być bezduszni. Przecież jest wojna, trzeba kombinować. Nie ma kompromisów, bardzo łatwo zginąć, ta gra nie wybacza.

Nie chcę tu ani opisywać “zasad” rozgrywki, bo gra nas wszystkiego uczy i jest to duży kawałek tego całego EXPERIENCE; nie chcę mówić o tym ile kto ma akcji i kiedy je wypełniamy, bo to też jako tako może nas zaskoczyć, do tego stopnia, że niektóre postaci będą leżeć bezwładnie na podłodze, czekając na śmierć z wyczerpania…

O czym chcę mówić, to o tym ile ta gra nam daje dobrego. Jest to tak zwany ‘crossroads game’, czyli coś w stylu Martwej Zimy czy Fallout’a – gdzie podjęta przez nas decyzja jest nieodwracalna, a jej konsekwencje prędzej czy później kopną nas w odwłok. Jest to gra, która nas uczy nie tylko samej siebie ale i nas samych – podejmowanie decyzji “życia i śmierci” kiedy wczujemy się w klimat może być naprawdę dołujące – “czy powinnam była zabrać umierającemu puszkę fasolki…”. Gra daje do myślenia i uważam, że trudno ją nawet nazwać grą. This War of Mine to doznania, doświadczenie i przeżycie.

A Ty, do czego będziesz zdolny, żeby przetrwać?

Photosynthesis – grunt to punkt!

Kiedy zaczęliśmy odpakowywać ostatni prezent ze świątecznego stosu ,naszym oczom niespodziewanie ukazało się Photosynthesis. „Gra o drzewach?!” wykrzyknął ktoś z końca stołu „no tego to jeszcze nie było!”.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że to prawda. Motyw drzew przewija się w planszówkach już od jakiegoś czasu, jednak nie w takim wydaniu. Jedną z pierwszych gier w tej tematyce było Trees and Flowers (1980), a z tych całkiem niedawno wydanych to Arboretum (2015) czy Kodama The Tree Spirits (2016). Zatem dlaczego Photosynthesis się wybiło?

Ta gra nie tylko pięknie prezentuje się na stole, ale również dostarcza solidnej porcji zabawy.  Może zacznijmy od pierwszych wrażeń: pudełko, piękne, dość duże, obiecujące. W środku, jak można się domyślić – drzewa, mnóstwo drzew. Wszystkie trzeba samodzielnie złożyć, i co ważniejsze, po złożeniu wpasowują się one idealnie w wypraskę (którą notabene jest kawałek szaroburej tekturki). Drzewka są w czterech kolorach, żółtym, zielonym, pomarańczowym i niebieskim, co daje piękną tęczę barw, kiedy posadzimy je na planszy. No właśnie, plansza – ta wygląda, jakby wzięta była z zupełnie innej gry. Jest licha, wygina się, nie leży prosto na stole, a ilustracja na niej jest po prostu biedna. Do tego słońce, następny smutny kawałek tektury, który bezlitośnie się wygina. Ma się uczucie, jakby całą pracę włożono w drzewka i projekt pudełka. Może twórcy nigdy nie grali w Realm of Wonder (2014) i nie poznali uroków obracającej się planszy, która w tym wypadku myślę, że byłaby strzałem w dziesiątkę. No ale przecież nie to jest najważniejsze, plansza i jest w większości zakryta.

To może teraz o tym, ja tę planszę zakryć? Na początku każdy ma przed sobą małą planszę gracza, korespondującą z kolorem drzew, którymi gra. Znacznik punktów światła ustawiony jest na zero, drzewa i nasiona na wyznaczonych miejscach i czas start! Ale zaraz, dlaczego mamy drzewka, które nie mieszczą się na planszy? No, bo przecież jakoś trzeba zacząć. W pierwszej turze każdy gracz kładzie na planszy po jednym małym drzewie (na zewnętrznym okręgu), i potem kolejne, aż do momentu, kiedy każdy gracz posadził swoje dwa małe drzewa. Teraz kolej na słońce, każde małe drzewko, które nie jest w cieniu innego, dostaje 1 punkt światła, średnie – 2, a duże – 3. Cień, który rzucają drzewa skaluje się tak samo, małe drzewko rzuca cień na jedno pole, średnie na dwa, a duże na trzy. Zacienione drzewa nie zdobywają żadnych punktów, chyba że są wyższe, niż drzewa które je zacieniają.

Zacieniają? Punkty światła? Po kolei. Dookoła planszy krąży słońce, lub jak kto woli – żółty kawałek tektury, i „oświetla” zasadzone drzewa. Słońce rzuca promienie po linii prostej na dwa boki i jeden kąt heksagonu planszy. Jeśli Twoje drzewo znajduje się w tej linii i nie jest w cieniu – zdobywasz punkt (do maksymalnie 20). Te punkty światła to waluta, za którą kupujesz nasiona, które potem sadzisz, i wyrastają z nich drzewa. Za to wszystko trzeba płacić. Słońce okrąży planszę 3 razy (albo 4 w zaawansowanej rozgrywce), kiedy trzeci obieg dobiegnie końca, gra się kończy.

No dobrze, to wiemy jak grać, a w takim razie, jak wygrać? Punkty zwycięstwa zdobywamy tylko wtedy, kiedy zetniemy nasze najwyższe drzewo, i w zależności od rodzaju gruntu, na jakim drzewo stało, taki dostaniemy żeton punktów. Rodzaj gruntu, to po prostu kolor pola na planszy; środek jest bardzo ciemno zielony i daje najwięcej punktów (22-20), następny okrąg pól jest jaśniejszy, i punktów jest trochę mniej (19-17), kolejny okrąg daje jeszcze mniej (17-13), a ostatni, trawiasty, daje najmniej (14-12) bo jest zawsze najbliżej słońca, i najłatwiej te punkty zdobyć.

Do rzeczy, bo trochę ich jest. Photosynthesis łączy w sobie elementy kilku gatunków. Po pierwsze, ma w sobie elementy “worker placement” (plant placement?), ponieważ Twoje drzewa, w zależności od tego, gdzie je postawisz, dają Ci punkty światła – walutę/dobra, i jest więcej niż jedna akcja do wyboru. Po drugie, jest tu trochę resource management – punkty światła muszą być podzielone mądrze i wymienione na drzewa lub nasiona, za których posadzenie również trzeba zapłacić. „Mądrze?” – tak, ponieważ jeśli Twoje małe drzewko rośnie (zmienia się w średnie), to do Ciebie wraca, a jeśli nie masz miejsca na planszy gracza żeby je tam postawić, to je tracisz. I po trzecie, i najważniejsze, Photosynthesis to jest gra abstrakcyjna. Trzeba dużo główkować, myśleć naprzód, wyobrażać sobie jak promienie słońca będą padały w następnych kilku turach. Trzeba planować gdzie zasiać nasiona, które drzewa powiększyć żeby dały nam więcej punktów, a może warto skupić się na zacienianiu innych?

Nie sądzę, żeby była jedna dobra strategia. Ile osób, tyle pomysłów. Jeden gracz może zablokować środkowe pole przez całą grę i zdobędzie wszystkie żetony z tego pola (bo inni się zagapią i nie wykorzystają szansy, kiedy środek jest wolny); inny z kolei może sadzić drzewa w sposób dość przypadkowy; jeszcze inny może obrać taką strategię, żeby zacienić jak najwięcej drzew innych graczy. Potrzeba wielu rozgrywek żeby rozpracować drogę do zwycięstwa.

A jak to jest z regrywalnością i skalowaniem? Cóż.. Nie sądzę, żeby Photosynthesis było dobrą grą dla dwóch osób, szczególnie jeśli grają one zawsze tylko ze sobą. Łatwo rozpoznają wtedy oni swoje strategie i gra po prostu stanie się przewidywalna. Dla nas po paru już rozgrywkach stało się jasne, że jesteśmy w stanie przewidzieć końcowy wynik na 3 tury przed końcem gry, i nie ma tego elementu „zaskoczenia” czy napięcia. Na trzy lub cztery osoby gra się trochę inaczej. Jest mniej miejsca na planszy, bo ilość drzew zostaje taka sama; jest więcej myślenia, bo drzew do zacienienia jest więcej. Ale jest to gra, którą warto mieć na półce, jeśli odwiedza nas wielu różnych graczy, a nie ciągle ta sama grupa.

Podsumowując, Photosynthesis nie jest jedną z tych „kochaj lub nienawidź” gier, i nie uważam, żeby wywoływała  ona skrajne emocje. Ładnie się prezentuje, szybko się tłumaczy i daje satysfakcję. Mamy ją dopiero od niedawna, więc jeszcze się okaże, czy się w nas zakorzeni.

Plusy
+ prezentacja, wykonanie drzew i planszy graczy
+ szybka w nauce i tłumaczeniu
+ ciekawa mechanika
+ skalowanie

Minusy
– słabe wykonanie głównej planszy, słońca i insertu
– w dwuosobowej rozgrywce jest bardzo przewidywalna