Western Legends

Dobry, zły czy brzydki?

Na wstępie zaznaczam, że nie jest to recenzja. To tylko pierwsze wrażenia po pierwszej rozgrywce. Czy będą następne?

Western Legends wpisałam na moją listę prezentów świątecznych z kilku powodów. Spodobała mi się tematyka – do tej pory Dziki Zachód to był Bang!, którego nie znoszę, Colt Express, który jest jednak zbyt „imprezowy” i Saloon Tycoon, który zupełnie do mnie nie przemówił. Great Western Trail powiadasz? Tam atmosfery w ogóle nie ma, gra mogłaby być o dostarczaniu pączków. Jeszcze jest Dice Saloon i Carson City, pierwsze jest ok., drugiego jeszcze nie próbowałam, a wiem że opinie są dość dobre. No ale na to wszystko pojawiło się Western Legends, trochę znikąd. Pojawiały się recenzje, filmiki, zdjęcia, generalny hype. Ale jak zwykle – try before you buy – nie kupuj w ciemno.

The Ludoquist, nasza lokalna knajpa z grami, miała Western Legends na półce, i zauważyłam to od razu po przekroczeniu progu, mimo że gra była na drugim końcu pomieszczenia – oto jak bardzo chciałam w nią zagrać. Wyłożyliśmy ją na stół. Spora ilość elementów, dość ładna prezentacja, minis. Zostały nam wyjaśnione zasady i rozpoczęliśmy rozgrywkę. Mój plan był taki, żeby najpierw wybrać ścieżkę prawioną, wykopać kilka grudek złota, zamienić je na pieniądze, kupić konia, dostarczyć krowę czy dwie, a potem się stoczyć, rabować ludzi i mieszać stada. W końcu to sandbox, więc czemu nie? Mój plan jednak spalił na panewce, kiedy do wyboru dostałam dwie postaci – obydwie złe.

No dobra, zatem pójdziemy ścieżką zła, w końcu wtedy punkty zdobywa się w każdej kolejce. Zaczęłam mieszać stada, to znaczy nie ja, a Billy The Kid. Jakoś szło, wygrywałam. No ale wiadomo, w tego typu grach jeśli jesteś poszukiwany, to w końcu Cię dopadną – trzeba było najpierw kupić konia, a nie krowy na piechotę szmuglować. Chris, któremu nie podobało się, że miałam więcej punktów, przesunął Szeryfa na moje pole, próbował mnie aresztować i się nie udało. Postanowił zmarnować swoją drugą akcję, i tym razem mu się powiodło. To był moment, w którym gdybym grała w domu, plansza wyleciałaby przez okno. Zdobywałam 1 punkt na rundę, miałam 50 dolców, trochę złota i krowę prowadzoną na sprzedaż. Nagle zabrano mi krowę, całe złoto, połowę pieniędzy, zresetowano moje punkty bandyty i wrzucono do więzienia.

Dobry gracz w tym czasie błąkał się po mapie na swoim Mustangu (błąkał się to złe słowo, zapierdzielał aż się kurzyło) i brukował sobie ścieżkę do zwycięstwa. Sprzedawał złoto, chodził do kabaretu żeby zamienić pieniądze na punkty, grał w pokera o więcej pieniędzy i tak w kółko.

 

Trzy rundy później gra się zakończyła (graliśmy do 15 punktów), w której to ten dobry wygrał z ogromną przewagą, bo nie dało się mu przeszkodzić. Bo po co rabować Dobrego, kiedy można aresztować Złego?

WRAŻENIA

Matt – Jest atmosfera, jest jej nawet sporo, jednak mechanicznie gra jest niedopracowana i dość słaba. Zniechęciłem się.

Chris – Trochę jak Fallout, z interakcją między graczami, bardzo niezbalansowana. Nie zagram po raz kolejny.

Nick– To, czego się spodziewałem, a nie oczekiwałem zbyt wiele. Gra do piwa, kiedy w tle lecą Płonące Siodła. A może to raczej gra jest tłem.

Ala – Niedopracowanie wylewa się zewsząd, zero balansu między ścieżkami, które obieramy, niby masz wybór, a tak naprawdę go nie masz. Dużo szczęścia, kości, karty, poker. Nie dla mnie, a szkoda. Zawiodłam się.

Czy WARTO?

Wykonanie – Tu jest mix uczuć,  bo karty dobrej jakości, zasoby, znaczniki ok. ale kości brzydkie i miniaturki ciut powyginane. Plansza i 3D sklep ok. Pomoc gracza na papierze toaletowym, gnie się przy wyciąganiu z pudełka.

Atmosfera i tematyka – Atmosfera wylewa się oknami, dorzućcie soundtrack z jakiegoś westernu, przebierzcie się i macie imprezę tematyczną. Duży plus.

Regrywalność i skalowanie – Tu jest problem, bo Bandyta zawsze będzie poszukiwany  przez Szeryfa, a Dobry kowboj się przeciśnie bocznymi alejkami do zwycięstwa. Przy większej ilości graczy zawsze ktoś kogoś będzie ścigał, będą strzelaniny, będzie więcej pokera. Niby mamy wybór postaci na początku i w jakimś stopniu ścieżki, którą obieramy, ale często musimy wybierać między złem a złem. To taka sama gra przy każdej ilości graczy.

Trudność i czas – Gra jest prosta do opanowania, nawet aż za prosta. Sama rozgrywka przy trzech graczach zajęła niecałą godzinę (do 15 punktów, najkrótsza wersja). Zasady są jasne, ikonografia też niczego sobie.

Ocena ogólna – Matt 7/10, Ala 6,5/10

Imaginarium – Fabryka Snów

„Poprzez mgłę widzisz zarys wielkiej fabryki, fabryki snów. To tu kształtuje się esencja tego, o czym śnimy! Wchodzisz przez ogromne drzwi. To tu są te słynne maszyny! Możesz je naprawiać, zespalać i wyburzać. To one wyprodukują elementy potrzebne do budowy kolejnych maszyn.” – czytamy na Kickstarterze.

Imaginarium to gra niewątpliwie piękna, niesamowite miniaturki graczy, kostki dóbr, plansza no i karty. Graficznie wszystko jest dość… ciekawe. Symetryczne, to prawda. Ale czy próbowaliście kiedyś zobaczyć swoją twarz na symetrycznym zdjęciu? No tak. Dodajcie do tego latające świnie, metalowe ślimaki, i małpy, dużo małp. Wszystko jest bardzo dobrej jakości i naprawdę ciężko by się czegoś doczepić.

Ale do rzeczy, gra sama w sobie nie jest zbyt skomplikowana, wystarczy raz, dokładnie przeczytać zasady,  jakiegoś bloga, albo obejrzeć video instrukcję (na przykład moją, która ukaże się jutro). Ale ostrzegam, rozgrywka nie należy do najkrótszych, szczególnie kiedy kogoś uczymy grać. Ale przecież to jedyna opcja, żeby mieć w końcu 4 lub 5 graczy, którzy wiedzą, co robią.

A zatem, na początku gry wybieramy inżyniera, który będzie tylko i wyłącznie kolorem (promo z Kickstartera dodają inżynierom specjalne umiejętności) i pasujące drewniane dyski. Do tego dobieramy osłonkę, bo dobra zbieramy w sekrecie. Na owej osłonie mamy również pomoc dla graczy, czyli rundy krok po kroku i wyjaśnienie akcji na zegarze. Jakim zegarze? A no tak, dodatkowo dobieramy planszę gracza – te się różnią, dają nam inne dobra i karty początkowe.  Na owych planszach mamy zegar akcji, i dwie wskazówki, które są trochę… zepsute. Wskazówki obracają się, jednak wskazują na dwie akcje obok siebie, i tylko te akcje możemy wykonać. Czasem mamy wymaganą ilość węgla żeby zakupić pomocnika, ale też chcemy wyburzyć jakąś maszynę i naprawić inną – problem, bo nie można. I tu zaczyna się myślenie.  Ale do tego wrócę.

Kiedy już ustawimy swój warsztat, zabieramy się za dużą planszę. Na środku kładziemy pudełko z kostkami i węglem – bardzo ładny dodatek tak na marginesie, przydatny i ładny. Tasujemy karty pomocników i układamy tyle, ile wyznacza ilość graczy. Potem tasujemy karty maszyn i wykładamy ich cały rząd, resztę odkładając obok na wyznaczone miejsce. Później bierzemy płytki osiągnięć, tasujemy i wykładamy tyle, ile wyznacza nam ilość graczy. Na koniec gdzieś w zasięgu ręki wysypujemy żetony punktów (które, jak na zdjęciu, można zastąpić metalowymi trybikami). I możemy zaczynać.

Pierwszy gracz kładzie swój znacznik na polu, którego akcje chce wykonać, jest to albo kupno karty, albo przypływ waluty. Jeśli chodzi o węgiel (tutejszy pieniądz), to można w ten sposób dostać 1, 2 lub 3 jednostki. Co do kart, to jest to bardziej złożony proces. Przy kupnie karty płacimy węglem cenę – numer na planszy plus numer na karcie. Wtedy maszyna jest nasza, niestety, jest zepsuta. Kładziemy ją z boku naszego warsztatu, i będziemy mieli możliwość ją naprawić. Zanim jednak to nastąpi, przeprowadzamy proces produkcji, czyli dostajemy dobra, które produkują nasze maszyny w warsztacie. Jeśli mamy wystarczającą ilość dóbr, żeby naprawić zepsutą maszynę, którą mamy w posiadaniu, możemy teraz wybrać tę akcję na zegarze i ją przeprowadzić. Tu właśnie zaczynają się schody, bo może będziemy chcieli zrobić co innego – na przykład kupić pomocnika, jeśli mamy wystarczającą ilość węgla. Powiedzmy, że jednak jako jedną z akcji wybieramy naprawę maszyny. Płacimy wtedy ilość dóbr wskazaną na karcie, i kładziemy kartę w naszym warsztacie. Musi ona być zbudowana na pustym polu, zanim może być zespawana z inną maszyną.  Od następnej rundy ten oto wynalazek będzie produkował dodatkowe dobra/ osłony/ punkty.

A o co chodzi ze spawaniem? Niektóre maszyny działają lepiej, kiedy są połączone. Jedną z akcji na naszym zegarze, jest akcja łączenia (spawania, zespalania) maszyn. Jeśli posiadamy maszynę, która może działać jako baza dla innej (patrz prawy dolny róg karty), oraz taką, którą chcemy zamontować na tej pierwszej, jako akcję możemy je zespolić, bez żadnych kosztów. Wtedy taka maszyna może produkować więcej (lub inny rodzaj) dóbr.

Jeśli jakaś maszyna nam się znudzi, nie jest już użyteczna, lub wiemy, że nigdy jej nie zbudujemy – możemy w ramach akcji ją wyburzyć. Jeśli jest to maszyna zepsuta, dostajemy za nią węgiel (lewy górny róg) lub część dóbr, które normalnie płacilibyśmy za naprawę. Jeżeli jednak maszyna jest naprawiona, dostajemy 2 x węgiel, lub 2 x dobra, które zapłaciliśmy za naprawę. Nie możemy jednakże wyburzyć maszyny, która jest połączona z inną.

Może dość zasad, to wszystko można przeczytać na osłonce gracza lub w zasadach. Może trochę o tym, jak dostajemy punkty? Dobrze, na początku punkty będą wpływały bardzo wolno. Chyba, że będziemy mieć fart, i złote maszyny, które produkują punkty, pojawią się szybko. Punkty głownie napływają z wypełniania zadań określonych na początku gry. Pierwsza osoba, która wypełni zadanie, dostaje ilość punktów wyznaczoną na kafelku, a każda inna osoba dostaje jeden punkt mniej (np. pierwsza osoba dostaje 4, a druga, trzecia i czwarta po 3 punkty, jeżeli wykonają zadanie. Punkty, tak jak dobra, zbierane są w tajemnicy, ale pierwsza osoba, która osiągnie 20 punktów, musi ogłosić to wszystkim graczom – to jest ostatnia runda. Jeśli gracz, który ma 20 punktów był także pierwszym graczem w tej rundzie, wszyscy inni gracze również dostają ostatnią kolejkę. Kiedy wszyscy wykonają pozostałe akcje, liczymy punkty za ilość dóbr i dodajemy do punktów zdobytych w czasie rozgrywki. Najwyższy wynik wygrywa.

Teraz może o wrażeniach.

Gra na pierwszy rzut oka przepiękna, nie ma w niej chyba nic, do czego można by się przyczepić jeśli chodzi o grafikę i ogólne wykonanie (może poza okropnymi zębami na planszy). Miniaturki są najpiękniejszą częścią gry, zdecydowanie. Zastanawialiśmy się czy je pomalować, i postawiliśmy na metaliczny kolor, zamiast detali i „prawdziwych” kolorów. Jakoś bardziej nam to pasowało tematycznie.  Do tego plansze, karty i osłonki – wszystko cacy. Żetony punktów, jak już wspomniałam, zastąpiliśmy trybikami różnych kolorów i rozmiarów, brązowe 1 punkt, srebrne 3, a złote 5 punktów.

Rozgrywka niestety nie jest bułką z masłem. Jeśli tylko jedna osoba spośród czterech lub pięciu zna zasady, cała gra zajmie około 2 godzin co najmniej. Wszystko sprowadza się do zegara akcji, wtedy odbywa się najwięcej myślenia, i traci najwięcej czasu. Jednak jest to wszystko warte świeczki, bo kiedy wszyscy wiedzą, co robią, rozgrywka jest płynna i daje dużo frajdy. Gra jest typową grą „na myślenie”, nie można wygrać przypadkiem.

Ikonografia na katach jest naprawdę czytelna, wszystkie symbole są jasne i wiadomo co jest czym. Po przeczytaniu instrukcji raz, a porządnie, nie trzeba do niej więcej zaglądać.

Rozgrywka różni się za każdym razem, ale również jest inna przy dwóch graczach. Jeśli gracie tylko w dwie osoby, w swojej drużynie macie też sabotażystę, który psuje wynalazki, lub maszyny produkujące węgiel. Zatem grając głównie we dwoje, przyzwyczaicie się, że niektóre maszyny nigdy nie będą zbudowane. Natomiast w 3 lub więcej osób gra zmienia się bardzo, ponieważ nagle czerwone wynalazki (maszyny agresywne) pojawiają się w warsztatach, warto mieć miejsce na jakąś maszynę obronną (zieloną) i nagle wypełnianie zadań staje się dużo bardziej skomplikowane.

Czyli co to za gra? Dla osób, które muszą mieć konkretną kategorię, to będzie problem. Bo jest to worker placement + resource management + action selection. Mechanika jest naprawdę unikatowa.

Co mnie dziwi to to, że Kickstarter ma 8 dni do zakończenia i niestety, nie osiągnął nawet 50%. Cieszy mnie, że zawartość pudełka będzie taka sama i naprawdę jest to gra warta wsparcia. Samo pudełko przyciąga wzrok!

W jednym zdaniu? Unikatowa, ciekawa graficznie i mechanicznie, gra na myślenie.

Spirit Island

Dryfujesz spokojnie na powierzchni oceanu. To, jak silny wieje wiatr, i jak często pada deszcz, zależy tylko od Ciebie. Żyjesz w symbiozie z zamieszkującym Cię od wieków plemieniem Dahan. Aż tu nagle, pewnego dżdżystego poranka, coś zakuło Cię w bok… Zaraz znowu, i zanim się obejrzałeś, zostałeś oblężony przez nowych osadników. Brytyjczycy, Francuzi, nagle cała Europa widzi w Tobie potencjał. A co gorsza, nie mają oni przyjaznych intencji, ani wobec plemienia Dahan, ani wobec Ciebie. Burzą wioski, budują miasta, zanieczyszczają. Cóż począć, trzeba walczyć! Obudź swoje demony i broń swego istnienia.

Spirit Island, odniósł sukces na Kikcstarterze, i został wprowadzony do sprzedaży w 2017 roku. Grę najlepiej można określić jako odwrócony Catan spotyka Pandemię. Wraz z innymi graczami wcielacie się w role  duchów władających wyspą, i staracie się uniknąć kolonizacji – czyli zupełnie odwrotnie do Catan. Ponadto, najeźdźcy wytwarzają zanieczyszczenia, które, jeśli pomnożone, rozprzestrzeniają się – jak w Pandemii. Gra jest pełną kooperacją, wszyscy zagrywają karty jednocześnie, następnie mają miejsce szybkie akcje – symbol jaskółki. Są to z reguły akcje defensywne, kiedy migrujemy wioski Dahan, żeby uniknąć strat, oraz maksymalizujemy obronę. Następnie odbywają się akcje najeźdźców; produkcja zanieczyszczeń*, atak na wyspę i Dahan, budowanie nowych wiosek oraz eksploracja terenu. Po tej fazie następuje faza żółwia, czyli akcje oznaczone takim też symbolem. Wtedy my atakujemy, i próbujemy odzyskać, co nasze.
*jeśli posiadamy karty strachu, wtedy zostają zagrane

 

Wygrywamy wtedy, kiedy spełnione będą warunki określone na karcie fazy strachu, a nie jest to łatwe. Przegrać można natomiast na wiele sposobów. Tak, ta gra jest dość brutalna. Jeżeli jako Duch, stracisz wszystkie punkty wpływu – przegrywasz, jeżeli cała wyspa zostanie zanieczyszczona – przegrywasz, jeżeli karty najeźdźców się skończą – przegrywasz.  Tak naprawdę, bardziej się skupiasz na tym, żeby nie przegrać, niż żeby wygrać. Zabijesz człowieka, przyjdzie pięcioro nowych; spalisz wioskę, wybudują trzy sąsiednie; a tu zaraz miasta rosną, najeźdźcy oblegają dwa nowe tereny..

I tak toczy się życie na Twojej wyspie. Aż do momentu, w którym albo polegniesz, albo wypłoszysz przybyszów. A widzisz, bo ja tak na Ty od razu, a Ty nawet nie wiesz, kim jesteś. Możesz być ogniem, wodą, wiatrem, ziemią, a nawet koszmarami. Jeśli gracie w kilka osób, warto zbalansować postaci, postawić na jedną defensywną, jedną ofensywną, i jedną siejącą strach. W grze dwuosobowej dobrym połączeniem była burza + ziemia, na trzy osoby dodaliśmy koszmary. Ale oczywiście, jak kto woli, trzeba wypróbować wszystkiego na własnej skórze.

Znacie Magic the Gathering? Spirit Island ma mały element tej gry. Na swoich kartach zobaczycie symbole różnych żywiołów, a na swojej planszy gracza kombinacje tych symboli, a co za tym idzie – specjalne umiejętności. To taka dygresja, na wypadek gdybyście byli fanami MtG i potrzebowali argumentu, aby nabyć Spirit Island.

Gra posługuje się głównie symbolami. Nie jest językowo niezależna, ale jeśli dostaniemy instrukcję po polsku, to karty nie będą problemem, gdyż słowa na nich użyte są dość proste. Jedynym problemem może być dostępność w sklepach.

Podsumuję, bo już kolejna wyspa wzywa. Nie rozumiem dlaczego Spirit Island zdobył tyle „hejtu”. Zawartość pudełka jest piękna, a rozgrywka łączy elementy kilku innych gier w świetną całość. Polecam!

+ unikatowa rozgrywka
+ piękne grafiki
+ regrywalność
+skalowanie
+wykonanie planszy i większości elementów

– wykonanie niektórych elementów (małe, giętkie figurki postaci)
– poziom trudności może być dla niektórych za wysoki

Ponura Przystań.

W lewym rogu, o wymiarach 46.2 x 34.8 x 26.2 cm, i wadze 9,7 kg, oceniona jako najlepsza gra na świecie wg. BGG –  GLOOMHAVEN… w prawym rogu, o wymiarach nieistotnych i wadze dużo większej – JA.

Wychowałam się przy komputerze, przyznaję, i widzę jaki wpływ mają na mnie gry, którymi częstował mnie tato. Diablo na ten przykład, jako jeden z ulubionych tytułów to gra, którą jako jedną z niewielu opanowałam na XBOXie. Jest powtarzalna, leveluje się dość szybko na początku i można dobrać poziom do umiejętności. Czego chcieć więcej? Może tego samego w wersji planszowej? I tu pojawia się Gloomhaven.

Nie, nie jest to gra ani tania, ani łatwa do zdobycia; tak, ma swoje minusy, o których wspomnę później, ale co najważniejsze, jest to planszowe spełnienie marzeń. I poświęcenie, oj dużo poświęcenia.

Zaczynasz w miasteczku Gloomhaven jako jeden z sześciorga dostępnych bohaterów : Brute, Scoundrel, Tinkerer, Cragheart, Mindthief albo Spellweaver. Jak ich wybierasz? Cóż, możesz albo odebrać sobie przyjemności zaglądania do tajemniczych pudełek i kopert, przeczytać w interneach o wszystkich klasach, i po prostu wybrać tę, która najbardziej przypadła Ci do gustu. Albo możesz spojrzeć na sześć prostych symboli, i wybrać ten, który najbardziej rzucił Ci się w oczy.

Mnie przypadł Brute, z czego cieszę się niesamowicie, bo zawsze grałam „tankiem”, zawsze close-combat. Matt wybrał Mindthiefa, bo mózg i kontrola. Nie, to nie jest analogia do niczego.

Weszliśmy do Śpiącego Lwa (tawerna) i poznaliśmy kogoś. Nie powiem kogo, bo nie będę odzierać Was z niczego. Tak, ta recenzja jest spoiler-free, oraz – tak, jest tu dużo zangielszczeń, bo gram po angielsku i przyznaję, niektórych planszówkowych słów po polsku po prostu nie znam. Do rzeczy, w mieście zakupiliśmy kilka potrzebnych drobiazgów – niewiele, bo na tyle pozwala nam 30 złotych monet, i wyruszyliśmy w drogę. Tak jak w Diablo, i tutaj napotykamy na różne side questy w drodze pomiędzy głównymi celami podróży. W końcu docieramy do… nieważne dokąd, i robimy… nieważne co.

Tyle mogłabym napisać, żeby nie zepsuć niczego. Ale chyba trochę rąbka uchylę. Tak, jest to kooperacja, chociaż ma małe elementy współzawodnictwa, takie jak ukryte cele misji i kampanii oraz złoto, którym dzielić się nie można. Sprytne, prawda? A jakie irytujące, kiedy znokautuję trzech jegomościów za jednym zamachem, ale nie mogę się potem ruszyć, a mój szczurzy kompanion pozamiata wszystko co na podłodze, i skończy scenariusz na bogato. Ale to smaczki, do których łatwo się przyzwyczaić, i może zmienić taktykę?

To może trochę o tym jak przebiega runda. Bierzesz do ręki wszystkie karty, które są dostępne dla Twojego levelu, i wybierasz tyle, ile pokazuje liczba w prawym górnym rogu Twojej planszy. Karty X można zamienić z tymi, które dopasowane są do pierwszego poziomu (mają numer 1 na górnym pasku). Nigdy nie można mieć więcej kart, niż nakazuje klasa. Układamy obok stos kart modyfikacji ataku – tak, tu nie ma kości! Następnie ustawiamy znacznik życia na wskazany poziom – tak, te też się różnią między klasami, i jesteśmy gotowi. Każdy grasz w tajemnicy przed innymi wybiera dwie karty z ręki, i w głowie ustala inicjatywę. Inicjatywa to liczba pośrodku karty, która determinuje kolejność graczy w turze; im mniejsza liczba, tym szybciej będziemy mieć nasz ruch. Niestety, nasza komunikacja w grupie jest ograniczona. Wyobraźcie sobie, że jesteście na polu bitwy, nie będziecie przecież krzyczeć do siebie o całej ustalonej taktyce. Rozmawiać zatem ze sobą można, ale nie wolno wspominać o inicjatywie w liczbach. Można zatem powiedzieć „mam nadzieję, że raczej szybko przesunę się o kilka pół i zaatakuję kilka szkieletów na raz”; ale nie można powiedzieć „wyjdę z inicjatywą 11, chcę być pierwsza więc nie grajcie niżej, przesunę się o trzy pola i zaatakuję szkielety 5 i 6 atakiem 3”. Nie utrudnia to za bardzo akcji, ale przy kulawej komunikacji zdarzy się popełnić kilka błędów taktycznych. Nie jest to jednak coś, czego nie da się dopracować do perfekcji. A zatem, każdy wybiera dwie karty, jedna z tych kart będzie użyte od połowy w górę, druga od połowy w dół, ale o tym można zadecydować po tym, jak wszystkie karty, również karty potworów, będą zagrane. Wtedy rozpatrujemy inicjatywę, decydujemy o swoich ruchach, wykonujemy akcje i sprzątamy, tzn. tasujemy to, co ma być przetasowane, usuwamy znaczniki, które przestały działać, np. Immobilize, pozbywamy się kart jednorazowego użytku, i decydujemy czy będziemy brać akcję Szybkiego Odpoczynku. Szybki Odpoczynek to wolna akcja na koniec rundy, w której odzyskujemy wszystkie karty, których użyliśmy poprzednio, a które nie są jednorazowe; oprócz jednej – losowo wybranej. Możemy się zdecydować na Długi Odpoczynek, który jest akcją w zamian za normalne akcje, i ma inicjatywę 99. Oznacza to, że będziemy ostatni w kolejce, jeśli chodzi o turę, i jedyne co zrobimy, to odzyskamy karty wielorazowego użytku, za wyjątkiem jedne, tym razem wybranej przez nas; i wszystkie rzeczy, które nie są jednorazowe, a zostały użyte, mogą teraz być użyte ponownie; oraz odzyskujemy 2 punkty życia.

Dlaczego w ogóle odpoczywać? Kiedy na początku rundy nie będziemy w stanie zagrać dwóch kart, jesteśmy Wyczerpani. Nie brzmi groźnie? To może wyjaśnię. Wyczerpanie = wypad ze scenariusza. Ups, no tak, bolesne. Dlatego jest na to droga okrężna – możesz pozbyć się karty i wrócić do życia. Chyba, że gracie w systemie Perma Death, czyli jeśli się wyczerpiesz, to umierasz, na zawsze. Whoa!

Tak, czy siak. Rundy toczą się tak samo, aż do momentu kiedy a) spełnicie wymagania scenariusza, lub b) wszyscy będziecie wyczerpani. Wtedy wracamy do Gloomhaven, liczymy złoto, zbieramy doświadczenie, odwiedzamy sklep i resetujemy nasz znacznik życia i XP. Ledwo odpoczniemy, to kolejny City Event uderza nas obuchem w łeb. Choć przyznam, wydarzenia w mieście są z reguły lepsze niż te, które spotykają nas w drodze. Po tych czasem chce się płakać. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni? Hmm…

I tak chodzicie, od scenariusza do scenariusza. Naklejacie naklejki z nowymi lokalizacjami na mapę, zbieracie osiągnięcia globalne lub drużynowe, miasto rośnie w siłę, nowe przedmioty pojawiają się w sklepie, levelujecie i… w pewnym momencie orientujecie się, że spełniliście wszystkie wymagania karty, którą mieliście w swojej kopercie od początku. I co teraz? Zasłużona emerytura. Wasz stary dobry druch, który był z Wami od początku, odchodzi (ale nie na zawsze!), a Wy zaprzyjaźniacie się z kimś nowym. Z kimś, kto zostawił swoje logo w dolnym rogu Waszej karty. Kto to będzie? Czy się polubicie? Tego nie wie nikt.

Jak wiecie, wiele jest tajemnic w Gloomhaven. Nie tylko w miasteczku, ale i w pudełku. Wiele w nim kopert, zalakowanych, które można otworzyć tylko, kiedy spełniło się konkretne warunki, lub gdy jest się tego wartym. Ja się jeszcze nie czuję na siłach.

Gra zaskakuje mnie cały czas, mimo swojej powtarzalności. Jest historia, jest temat, są decyzje do podjęcia. Czasem nie ma złych decyzji, a czasem słono zapłacicie za obranie złej drogi. Gra wciąga, na długo, bo na tyle jest zaplanowana. Nieważne, czy grasz partia za partią, czy odstawiasz ją na miesiąc, żeby wrócić i zakochać się na nowo. Jedno jest pewne, to nie jest tylko gra. To zobowiązanie, to przeżycie, to przystań. Ponura Przystań.

A teraz o jakości komponentów. Oderwijmy się od tego fantastycznego świata na krótką chwilę, i pomówmy o tym, co tak naprawdę znajduje się w pudełku. W pudle, powinnam powiedzieć, bo jest to gigant. Pamiętam czasy, kiedy Scythe wydawało się monstrualne, potem Mechs vs. Minions, a teraz Gloomhaven. Tego to już chyba nie da się przebić, prawda?

Otwieramy, a tam zasady, bagatela ponad 50 stron; do tego księga scenariuszy – dużo więcej stron. Cztery kartki z naklejkami i plansza – zupełnie niepotrzebna. Mogliby dać kawałek papieru, rulon, wydrukować jak prawdziwą mapę. Planszy w ogóle podczas rozgrywki nie używamy. Zaznaczamy na niej tylko osiągnięcia i rozwój miasta. Nasza wisi na ścianie. Ale do rzeczy, następne co widzimy, to stos kartonowych plansz, z setkami elementów, dużych, małych, malutkich. Gdzie to wszystko pomieścić? Woreczki strunowe to przeszłość, straszny downtime przy rozkładaniu. Kupić piękną, drewnianą wypraskę za połowę wartości samej gry? Przy tym pomyśle czuję, jakby mój portfel kopnął mnie w krocze. Pojemniki na śrubki. Tak. Tanie, łatwo dostępne, bingo. Zmieściło się wszystko, poza dwoma bossami. Oj, jest się czego bać. Następnie mamy koperty, tekturowe, z symbolami, ułożone elegancko. Do tego pudełka, małe, z tymi samymi symbolami. Wiadomo, o co chodzi. I karty, tysiące kart. No i przecież kwadratowe plansze potworów, oraz koperty do nich, jak mogłam zapomnieć. No jak?!

Jest w pudle dużo, wszystko ledwo się mieści po domowych ulepszeniach w postaci plastikowych pudełek. Wypraska jest droga, za droga. Plansza jest niepotrzebna. Niektóre elementy, mam wrażenie, że były robione na szybko, za szybko. W niektórych miejscach puszcza klej, i powłoka ochronna odrywa się od plansz, jak skóra poparzona smoczym oddechem.

Chwila, bo ja już wracam myślami do Śpiącego Lwa, gdzie czekają na mnie, żeby wyruszyć w kolejną wyprawę. Stoimy przed nie lada decyzją, pójdę zatem. Nic o mnie beze mnie. Wybaczcie błędy, czas ucieka, a przygoda czeka.

A my na tej wojnie…

O This War of Mine słyszy się coraz więcej. Gra zrobiona przez Polaków. Gra, która mogłaby się toczyć w Polsce, choć imiona postaci jakieś takie Rosyjskie… W każdym razie, jest zimno, jest ciemno, jest głód, są rany. Na wojnie nie każdy jest żołnierzem.

Grę zaczynamy zwykle od przeczytania zasad. W tym wypadku zasad nie ma, wszystko dzieje się nagle, wszystkiego uczymy się podczas gry. Jak w życiu. Ale powiedziałam.
Układamy wszystko na planszy tak, jak opisane, wybieramy bohaterów i zaczynamy przekazywać sobie książkę. Jeśli nie wiemy do czego coś służy, widocznie nie musimy tego jeszcze wiedzieć. Karty, które odkrywamy podczas gry mówią wszystko, trzeba je tylko dokładnie czytać. Dużo na nich niezrozumiałych numerów i kolorów, które odsyłać nas będą do Księgi Skryptów. Nie brzmi ekscytująco? Brzmi.

Gra stawia nas przed moralnymi wyborami, które na początku będą trudne, ale po kilku godzinach rozgrywki możemy być zaskoczeni tym, jak bardzo potrafimy być bezduszni. Przecież jest wojna, trzeba kombinować. Nie ma kompromisów, bardzo łatwo zginąć, ta gra nie wybacza.

Nie chcę tu ani opisywać “zasad” rozgrywki, bo gra nas wszystkiego uczy i jest to duży kawałek tego całego EXPERIENCE; nie chcę mówić o tym ile kto ma akcji i kiedy je wypełniamy, bo to też jako tako może nas zaskoczyć, do tego stopnia, że niektóre postaci będą leżeć bezwładnie na podłodze, czekając na śmierć z wyczerpania…

O czym chcę mówić, to o tym ile ta gra nam daje dobrego. Jest to tak zwany ‘crossroads game’, czyli coś w stylu Martwej Zimy czy Fallout’a – gdzie podjęta przez nas decyzja jest nieodwracalna, a jej konsekwencje prędzej czy później kopną nas w odwłok. Jest to gra, która nas uczy nie tylko samej siebie ale i nas samych – podejmowanie decyzji “życia i śmierci” kiedy wczujemy się w klimat może być naprawdę dołujące – “czy powinnam była zabrać umierającemu puszkę fasolki…”. Gra daje do myślenia i uważam, że trudno ją nawet nazwać grą. This War of Mine to doznania, doświadczenie i przeżycie.

A Ty, do czego będziesz zdolny, żeby przetrwać?